jak cholera.
człowiek czasami ma chęć zrobić coś dobrze. stara się, pilnuje, chucha, dogląda. a i tak koniec końców nawet jak nie spierdoli, to zostanie oskarżony o to spierdolenie. i na co te starania, na co poświęcony czas, emocje, pieniądze i co tam jeszcze można dać, żeby coś dostać, np. święty spokój. no na nic. przeważnie lepiej po prostu pójść i nie patrzeć za siebie.
przeważnie, ale nie zawsze, ale chuj tam.
ten weekend pokazał mi, że jeszcze potrafię, że jeszcze jest nadzieja. szkoda tylko, że bardziej mi odpowiada ten brak nadziei. szlag by to wszystko wziął. ja lubię być zła i lubię jak jest źle. lubię się upodlić i lubię jak wszystko jest jasne. nie lubię kłamać i mam ochotę krzyczeć ludziom w twarz co właśnie zrobiłam i biec dalej, przed siebie, zostawiając ich zszokowanych. ale co. jeść trzeba. i to jest dla mnie najtrudniejsze. że trzeba jakoś się trzymać na wodzie. a ja chcę tonąć.
https://www.youtube.com/watch?v=wERDlPyKvh8
ale Niemen uświadamia mi, że dobro to jest jednak klasa sama w sobie.