poniedziałek, 10 listopada 2014

zywy ogien.

Wszystko jest zależne od perspektywy, z której patrzymy i z twardości krzesła na którym siedzimy.
Są tacy, którzy zerkając na to, co robiłam przez ostatni miesiąc powiedzieliby: GŁUPOTA, KRETYNIZM, całkowita strata czasu!
Są tacy, którzy powiedzieliby na to samo: przecież to nic, zdarza się, u mnie trwało to dłużej, ph!
Ale to nieistotne, ważne jest to, co ja na ten temat myślę i co z tego wyciągnę.
A myślałam i myślę sporo i jestem bardzo zadowolona z tego, że to w ogóle miało miejsce. Na pewno nie cofnęłabym czasu, bo wówczas na własne życzenie oddałabym niesamowite bogactwo, które w międzyczasie zdobyłam.
Nauczyłam się czegoś nowego o sobie, o mojej psychice, o moim ciele, o emocjach, które nie odzywały się od wielu lat a tu nagle, trach!- płacz na spacerze w centrum Poznania. Całkowicie nie do pohamowania. Czarne łzy lały się ze mnie jak woda z pękniętej rury pod kiblem. Ale żyję. Więc mam kolejne, bezcenne doświadczenie. I oto doświadczenie jestem bogatsza, a bogactwo jego jest do nie wycenienia.
Nadal jeszcze zbieram skutki tego (ponad)miesięcznego czegoś, ale całkowicie już nad tym panuję. Każdy kolejny dzień przynosi uspokojenie, wyciszenie na tym tle i ponowne zamiłowanie do życia. Już nie budzę się pełna nienawiści LUB apatii. Już nie nie mam sił chodzić. Mam znowu ochotę spacerować, pić kawę, jeść maliny i golić nogi. Żyję. A to życie znowu jest kolorowe i wartościowe. Fantastyczna sprawa.
A co najważniejsze!- wróciły moje sny, ukochane, najpiękniejsze, których przez prawie cały TEN okres nie było i to ich najbardziej żałowałam. Nawet w chwilach, kiedy samo życie nie miało dla mnie większej wartości, świat Snu i wspomnienie o nim budził we mnie wielki żal i tęsknotę.

Straciłam w ostatnim czasie wszystkie moje ideały, morale, w które tak rozpaczliwie pragnęłam wierzyć, moje ikony spłonęły pożarte ogniem, który gasnąc nie zostawił za sobą nawet zgliszczy. Straciłam ramy, które są potrzebne żeby prawidłowo funkcjonować w danym społeczeństwie. Ten, kto butnie powie, że wcale nie, bardzo mocno się myli. To w co wierzymy jest wszystkim co mamy.  A jeżeli nie wierzymy w nic to nie mamy nic. Nie mając nic w głowie i w sercu, nie marząc, właściwie nie żyjemy.
Zostałam w pewnym momencie z niczym, tak jak jeszcze rok temu, może nawet pół- miałam tzw. 'wszystko': stałą pracę, masę dodatkowych zleceń, drugie studia, rodzinę, w którą wierzyłam i której potrzebowałam, oddanego partnera, z którym byłam wiele lat, rozwijałam się na wielu polach, które są dla mnie istotne, był też Poznań, który zawsze był dla mnie domem do którego mogę wrócić i w którym króluję, Buke- psa, który był dla mnie synonimem dziecka i towarzyszył mi od blisko siedmiu lat, tak pewnego dnia- z dnia na dzień, zaczęłam tracić to wszystko i to nie na rzecz czegoś innego, tylko na rzecz pustki. Co więcej, straciłam to wszystko od początku do końca na własne życzenie. Miałam wielką potrzebę zejścia na samo dno, pozostania z niczym i odbijania się od ścian. I robiłam to z siłą godną samego Pudziana. I kiedy już niemal rozbiłam sobie o te ściany głowę, kiedy mózg już zaczął chcieć wypływać prawie już dziurawą twarzą: postanowiłam się ocknąć. Teraz, bo potem będzie za trudno, a może za późno.
I zaczęłam to robić. Po prostu.

Nie zbieram popiołów tego co poszło z dymem, bo rozwiał je wiatr.
Kreuję na nowo.
I to jest fantastyczne w życiu człowieka. Że w dowolnym momencie możemy zacząć na nowo. Ale żeby to zrobić szczerze i potężnie, musimy spalić poprzednie życie.
Jednak to co spłonęło dalej może (i powinno!) palić się w naszych myślach i przypominać o sobie.