Nazwijcie mnie "wieśniarą", wcale nie odczytam tego jako negatyw.
Kocham wieś. Urodziłam się w mieście, lwią część życia spędziłam w mieście (gdzie obecnie żyję), ale wychowałam się na wsi i spędziłam tutaj czas aż do nastoletnich lat.
Czyli najważniejszy, najistotniejszy dla mnie okres spędziłam wśród krów i kur.
Swego czasu przezywanie kogoś "wieśniakiem" miało mocno zaboleć i być nieprzyjemne. Mnie nigdy to nie dotykało, wręcz przeciwnie. Jako, że nie do końca należę zdaniem wsi do wsi (nie urodziłam się tutaj, moi rodzice i dziadkowie także nie, nie jestem integralną częścią społeczności. Do tego wyjechałam, obecnie żyję gdzie indziej, sąsiedzi nie widzą mnie każdego dnia- a żeby być członkiem wsi- sąsiedzi muszą Cię widzieć przynajmniej raz dziennie w sklepie), w związku z tym od zawsze takie określenia uznawałam wręcz za pozytywy- za dobitne podkreślenie tego, że jednak jestem stąd, że zostałam zaakceptowana.
Chcąc sprawić mi przykrość, w taki sposób można co najwyżej uzyskać efekt odwrotny.
Kocham tryb życia prowadzony na wsi.
To, że godziny się nie liczą. Trzeba coś zrobić to trzeba- robi się to, nikt nie stoi nad Tobą z batem i nie mówi, że masz na to kwadrans, potem konferencja, potem siedem minut na kawę i znowu przed biurko marsz! Oczywiście nie odczytuję życia wsi jako sielanki i nic-nie-robienia. Myli się ten kto uważa, że tutaj ludzie jedynie się obijają i piją. Życie tutaj wiążę się z ciężką pracą fizyczną, która moim zdaniem- uszlachetnia, z wiecznym budowaniem swojej pozycji wśród mieszkańców (swego rodzaju kasty), z kombinowaniem co wrzucić do garnka (uczy logicznego myślenia i planowania) i z wieloma innymi sprawami, które nakładając się na siebie tworzą bardzo skomplikowanego i ciężkiego do ogarnięcia Stwora.
Każdy wszystko wie o każdym ale ta wiedza nikogo nie obchodzi. Mimo wszystko, tolerancja jest tutaj na wysokim poziomie, ludzie mają swoje troski i to czy na kogoś popsioczą czy nie, nie sprawia, że nie akceptują danej osoby.
Żeby kogoś akceptować trzeba go znać. Mnie tutaj ludzie (niestety) nie znają, nie daję im ku temu możliwości (nie ma mnie na stałe, jestem "wakacyjno- weekendowo") i ja to doskonale rozumiem, to biologia.
Chciałabym móc dać im szansę na poznanie mnie. Chciałabym tutaj żyć, wśród nich. Nie bardzo jednak wiem, jak miałoby wyglądać wówczas moje życie. Chodzi mi o takie "błahe" sprawy jak np. praca.
Muszę się nad tym wszystkim poważnie zastanowić. Szukam złotego środka.
Gdzie, od razu zaznaczam- codzienne wyjazdy do i z Poznania są niemożliwe. Nie po to mi potrzebna wieś żeby codziennie bywać w mieście.
Mój zabawny rysuneczek-dupeczek.
niedziela, 25 maja 2014
Archiwum bloga
-
►
2015
(309)
- ► października (24)
