niedziela, 29 listopada 2015

Dni mijają jakby je ktoś z siekierą gonił, zmarszczek i kilogramów przybywa a sukcesów jakoś nie. Chyba, że za sukces należy uznać to, że nadal się żyje. No tak, przecież mogłoby się nie żyć. I to raczej na własne życzenie. Dobrze, że niektóre życzenia się nie spełniają bo mimo wszystko warto i dobrze jest żyć, nawet jak aktualnie to życie nie rozpieszcza nas lubrykantem i popersem. Bo są perspektywy. Bo życie to jedna, wielka, tętniąca żywą krwią perspektywa. Ja  też tętnie, przede wszystkim na te chwilę jakimś takim zmęczeniem, wypaleniem i przepaleniem, ale jak się dopalę do końca, a czuję, że już ostatnie drwa się zajęły piekielnym ogniem- pozostanie plac, na którym będzie można wybudować coś nowego. Byle nie z bajki tych nowoczesnych, szklano żeliwnych molochów, które strasząc udają, że cieszą. Wolałabym coś średnich gabarytów, z cegły i z wysokimi oknami. I tak, żeby latem w środku było chłodno, a zimą żeby wlatywało słońce jak najdłużej się da.
Dużo zmian za mną, nadal za nie płacę i zbieram rachunki z zaległościami poupychane pod łóżkiem, za szafami (a nie mam ani łóżka ani szaf), leczę rany i doglądam tych, które dopiero pokrywają się pierwszą, cienką warstwą strupa, a już- muszę rozpocząć kolejne zmiany, i to nie jest kwestia wyboru czy widzi mi się a musu i koniec kropka. Dam radę. Będzie dobrze. jest dobrze. Chociaż smutno i szkoda, szkoda, że tak wyszło. I doprawdy, nie chce mi się wierzyć, że nie dało się inaczej.