Jestem jak bita śmietana. Pierwszy kęs przyprawia o dreszcze
rozkoszy, kolejny jest jeszcze smaczniejszy, następny sprawia, że można oszaleć
z nadmiaru pyszności. Każdy późniejszy jest smaczniejszy. Do czasu. Bardzo
szybko, sam nie wiesz kiedy Twój brzuch wypełnia się śmietaną po brzegi a ta
zamiast w nim bezpiecznie zostawać i umościć sobie w nim bezpieczne miejsce na
stałe, zaczyna się cofać z powrotem do gardła, do ust, chce się wydobyć na
zewnątrz. Śmietana zaczyna wypływać ustami, nosem, uszami, oczami. Wszystkie
pory na skórze rzygają bitą śmietaną. Przez najbliższy czas nie możesz na nią
patrzeć, nawet o niej słuchać, a na samą myśl żeby ponownie jej skosztować cofa
Ci się. Ulubiony smakołyk, którego pożeranie niemal przypłaciłeś życiem w kilka
sekund staje się znienawidzonym obrzydlistwem.
Bita śmietana doskonale odzwierciedla
także to co dzieje się w społeczeństwie. Dajemy się ubić, uformować, przekonani
o tym, że nasza nowa forma jest trwalsza, większa, bardziej doskonała. Ale ona
jest pusta, wypełniona powietrzem a nie prawdziwą gęstością, siłą. I taki
ubity, zakochany w sobie twór bardzo łatwo zjeść, pochłonąć. Zjedzeni nie
stajemy się częścią tego kto nas zjadł, nie będziemy żyć z nim i w nim wiecznie.
Wysra nas lub wyrzyga i nawet nie zauważy, że odebrał nam tym samym życie.
Najlepszym przykładem ubijacza śmietany są korporacje. Ubijają, ubijają,
zjadają i wysrywają.
Wczoraj miałam przyjemność popozować do
zdjęć ciuszków pewnego (mam nadzieję!) niebawem znanego projektanta. Jak będą,
natychmiast się pochwalę :) Poznałam też fantastycznych, utalentowanych młodych
ludzi, z którymi żłopałam wódę na schodach w bramie a później w małpim
mieszkanku. Śpiewy, tańce, rozbierańce. Kocham życie.
