piątek, 18 września 2015

Chciałam wyjść na świat i się z nim i w nim cieszyć.
Ale ta ochota od zawsze była bojkotowana. Nieustannie dostawałam obuchem przez łeb. Nie mogę się uśmiechać, nie mogę się śmiać, nie mogę być ciekawa, nie mogę zadawać pytań,  nie mogę myśleć, nie mogę marzyć, nie mogę chcieć żeby było dobrze- tego byłam uczona, ciągle i bez ustanku. Starałam się nie słuchać, odrzucać od siebie to co słyszę i to co widzę.
Ale teraz mi się już nie chce.
Nie, że się poddaję. Po prostu walka z wiatrakami nie ma sensu.
Zamykam swój świat ostatecznie. Jest już, jak nazwa wskazuje- mój. I tylko mój.
Ile razy można błagać o wysłuchanie o danie szansy- innym dla siebie. A pod ową "szansą" nie kryje się nic innego jak po prostu uśmiech i współdzielenie radości.
Ile razy można prosić innych żeby zaczęli się do mnie uśmiechać.
Ile razy można myśleć ciepło o tych, którzy mówią, że jesteśmy przyjaciółmi, czy, że się kochamy, a potem milczą, nawet kiedy Ty bardzo potrzebujesz, żeby się odezwali. I przecież już nawet nie marzysz o tym żeby się domyślili, bo dawno już wiesz, że ludzie są mało domyślni. Ty im po prostu mówisz- proszę, bądź.
Ile razy można godzić się z tym, że ktoś kto jakoby się Tobą przejmuje i komu na Tobie zależy- mówi Ci "idź sobie" a jutro "wróć".
Właściwie, nie powinno się ani razu. Bo każdy taki raz zabiera nam miłość samych siebie do siebie.
Chcę spać, spać i spać.
I ja już nie wiem ani kim jestem, ani gdzie jestem i dlaczego. Nie wiem nic. I nigdy z tym 'nie wiem nic' nie było mi aż tak źle jak teraz. Jestem zawieszona, porzucona, odepchnięta, splugawiona. Jestem wyliniałym kundlem bez nogi, który nawet już nie wie co to buda i własna miska z wodą.

Archiwum bloga