piątek, 26 grudnia 2014

Boję się życia, boję się tego, że nadchodzące dni, miesiące, lata- nie przyniosą żadnej zmiany, lub, że to ja- nie zmienię nic. Bo przecież zmiana sama nie nadejdzie, to ja mam ją wywołać, to ja mam ją obudzić a po przebudzeniu- prowadzić przez życie.
A wiem, że nie może być tak jak jest. Po prostu nie dam rady dłużej tak żyć. Wejdę sobie sama na głowę. Potrzebuję kierunku, klapek na oczach, idola, małego czy dużego, ale kogoś kto swoim samym byciem będzie wzbudzał we mnie postrach i szacunek. Bo w moim świecie te dwa uczucia są tożsame. Wszystkie osoby, które dotychczas szanowałam były osobami, których się bałam.

Jest mi wygodnie, mam gdzie spać, mam co jeść, mam w co się ubrać, ludzie mnie lubią, jestem zabawna, zarabiam, stać mnie na wszystkie wyżej wymienione rzeczy, dodatkowo na niezbyt moralne z punktu naszego społeczeństwa zabawy.
Przyciągam. Daję. Ale ja nie mam nic. Po prosu nic. Może znajdą się tacy, którzy zrobiliby wszystko żeby mieć to 'nic' i dla nich to moje 'nic' to niewyobrażalnie dużo. Dla mnie jednak moje 'nic' pozostaje dalej 'niczym'.
Nie mam po prostu nic. Kiedy ludzie mnie pytają, czym się zajmuję, co robię, kim jestem, nie potrafię odpowiedzieć. Zapewne znajdzie się milion rzeczy, które mogłabym wymienić i wyjść na naprawdę światową i światłą osobę, ale ważne jest co ja czuję w takich chwilach. A czuję ogromny, dołujący wstyd. CO TY KURWA SOBIE ROBISZ? JAK ŚMIESZ TAK MARNOWAĆ ŻYCIE?

Czuję się pusta. Czuję, że marnuję życie. Czuję, że dostałam coś, i że nie potrafię tego wykorzystać, lub nie tyle, że nie potrafię co nie chcę.
Widzę ludzi, którzy dostali dużo, dużo mniej ode mnie a z tego mniej porafili zrobić bardzo dużo.
Zastanawiam się, czy dostać za dużo nie jest swego rodzaju przekleństwem. Uczy nieróbstwa, odwlekania wszystkiego na później i niezłomnej wiary w to, że nieważne jak bardzo źle będzie- i tak sobie JAKOŚ poradzimy.
Bo tak, ja jestem święcie przekonana, że zawsze sobie poradzę. Nie boję się niczego. I ten brak strachu w cokolwiek nie jest siłą, jest ograniczeniem. Ograniczeniem przed jakimkolwiek działaniem, przed zawalczeniem. Chciałabym się bać, chciałabym czuć ten lęk większości ludzi: jak powiązać koniec z końcem, jak zapłacić rachunki, jak nakarmić dziecko, jak jak jak. Jak żyć. Ja wiem, że wystarczy, że wyjdę z domu, a pieniądze spadną mi na głowę, potknę się o nie. Jeżeli akurat nie, to cóż? W najgorszym razie dam dupy i ustawię sobie miesiąc w dwie godziny. Hipotetycznie. Czego mam się bać?
Na litość boską, doprawdy, nie jestem w stanie sobie wyobrazić sytuacji, z której nie potrafiłabym wyjść z wysoko uniesioną głową.
Mam wrażenie, że powinnam być gdzie indziej, że jestem to winna: sobie, rodzinie, środowisku, ogólnie: światu.
Czuję, że się marnuję i boję się, że jak tak pójdzie dalej, zmarnuję szanse.
Czuję groźny powiew nieprzyjemnego oddechu Marnotrawstwa na karku, ale nie robię z tym nic.
Chociaż nie, zagłuszam go śmiechem, któy wywowłuję pijąc i ćpając.
I co? I zajebiście mi z tym dobrze, najlepiej. I to jest najgorsze.
Staczam się, świadomie, 
Mam do siebie pretensje, ale one są zbyt małe żeby zacząć działać. Patrzę na moich rówieśników i jest mi tylko gorzej. Mają już to do czego człowiek w naszym społeczeństwie dąży już od dziecka- stałe prace, domy, dzieci. Ja nie mam nic z tych rzeczy. I tak, jak głośno krzyczę, że to mój świadomy wybór, że mi z tym dobrze, tak w zaciszu domowym- wcale już tak nie myślę. Jeszcze nie jestem na etapie zazdrości, ale już czuję dyskomfort zerkając na ich szczęście.
Mam wyraźną potrzebę posiadania czegoś. Czegoś mojego. Chcę żyć dla kogoś. Potrzebuję inspiracji, motoru, napędu, ram. Potrzebuję kogoś kim będę się mogła zaopiekować, a ten ktoś w zamian będzie mój.
Wiem, że to nie fer. Że powinno się żyć przede wszystkim dla siebie. Ale ja tak żyłam blisko 30lat. I co mi z tego przyszło? NIC. więc może warto ugryźć temat od drugiej strony.
A może właśnie nie...

Archiwum bloga