Po pierwszym ciężkim dniu, pełnym skrywanych łez, dochodzę do wniosku, że może to i lepiej. Nie mogę uciec. Muszę zostać tutaj i posprzątać to co nabałaganiłam, wyprostować sprawy, życie. A tak, najzwyczajniej w świecie, zniknęłabym na kilka miesięcy. Zapewne po powrocie, nie miałabym ochoty już sprzątać. Sprawy albo by się przedawniły, albo przestały mnie interesować. A ja chcę się nimi interesować. One są moje. I właściwie nie mam poza nimi wiele więcej. Nie chcę oddawać broni. Muszę to ogarnąć.
Nie pamiętam tegorocznych świąt. Cały czas na nie czekam. Niby wiem, że już nie przyjdą, ale z drugiej strony wydaje mi się to abstrakcyjne, że już PO.
Wczorajsza rozmowa z panem taxówkarzem dała mi do zrozumienia, że coś się kończy, a niestety, póki co nie ma zamiennika, który to "coś" by zastąpił. Więc zostajemy z niczym, a nie z czymś nowym.
Tarot Piotra i Joli się sprawdza. Wiem, że zapewne w 90% sugerowali się moim życiem, które znają aż za dobrze, wiele z ich przepowiedni można by było ogłosić i osądzić jedynie zerkając na mój profil na fb. i wielu z ich słów chwytam się jak tonący brzytwy (tzw. autosugestia), ALE!- nieważne jakie są powody, spełnia się to co chcę żeby się spełniło. I w sumie fajnie czasami móc dać się komuś ponieść, dać sobie zielone światło żeby to ktoś pokierował Twoim losem. Choćby i tarot :D
Tarocie, nieś mnie. Poddaje się Twojej woli.




