Mariola
wpatruje się we mnie szklistymi oczami. Przespałam jej poranną godzinę spaceru.
Przepraszam ją i w dwie sekundy jestem gotowa żeby wyjść z nią na spacer. Jeżeli komuś przyszłoby do głowy żeby się do
mnie odezwać, muszę pamiętać żeby nie odpowiadać. Dla dobra rozmówcy, mój
oddech mógłby zabić nawet rasowego alkoholika. Zanim na dobre opuszczamy nasze
mieszkanie, sięgam jeszcze do torebki po papierosa.
Na spacerze
uświadamiam sobie jak bardzo jestem głodna, brudna i budząca wstręt. Tylko
Mariola kocha mnie w takim stanie, podobnie jak w każdym innym. Ogólnie tylko
ona kocha mnie kiedykolwiek. Nie mam pretensji do innych, że mnie nie lubią, sama
ich nie znoszę i dla mnie mogliby nie istnieć. Może poza małymi wyjątkami.
Jest piękna
pogoda, mamy jesień, czyli moją ukochaną porę roku. Wiatr uderza mnie po twarzy
tworząc na niej malownicze rumieńce. Gdyby nie smród jaki wytwarza moje ciało,
gdyby nie kask na głowie i sińce pod oczami, przypuszczam, że można by się było
teraz we mnie zakochać. Sprzyja ku temu scenografia i Mariola, która wesoło
wokół mnie tańczy świadcząc o tym, że jestem dobrym człowiekiem. Ale nikt nie
odda teraz mi swojego serca. Mam marsową minę, palę fajkę jak marynarz a po
chwili rzęsiście spluwam na chodnik. Jakaś matka z dzieckiem patrzy na mnie w
niedowierzaniu i po chwili kiwa z niesmakiem głową. Wiem co zaraz zrobi i
rzeczywiście zgaduję- młódka cmoka z niezadowoleniem pod nosem. Tak, cmoka na
mnie, cmoka do mnie, czego najzwyczajniej w świecie nienawidzę. Podchodzę
bliżej, zrównujemy się niemal ramionami i głośno, tak żeby nie było żadnych wątpliwości witam się z nią tak jak
na to zasługuje:
-Spierdalaj.
I ruszam
przed siebie nawet się nie obracając. Czuję jak kobieta się zatrzymuje,
zastanawia jak zareagować i wpada na to w całej swojej odwadze dopiero jak
ledwo mnie już widzi:
-Cóż za
język! Bezczelność !
-Spierdalaj
!- Powtarzam, bo przecież nic więcej nie mam jej do powiedzenia. Gdyby zamknąć
mnie z nią w jednym pokoju do końca życia powtarzałabym jej te magiczne słowo
tak długo aż zwiędłyby jej uszy.
Zanim
wchodzę do domu specjalnie nadrabiam drogi tylko po to żeby przejść koło sklepu
spożywczo- monopolowego Iks. Jest bardzo wcześnie ale już z przyzwyczajenia
sprawdzam czy nie ma Stasia. Nie ma. I dobrze, bo po przeszukaniu kieszeni
okazuje się, że nie mam przy sobie nawet złotówki, więc nie miałabym możliwości
poprawienia Stasiowi humoru. A szkoda. Jego uśmiech zawsze wywołuje mój, to jak
błędne koło. Ja daję mu złotówkę lub dwie, on się wyszczerza, ja się
wyszczerzam i wszyscy jesteśmy szczęśliwi. Radość na pół dnia w cenie kilku
groszy to niezbyt droga przyjemność. Na nią jeszcze mnie stać.
Po wejściu
do domu otwieram wszystkie okna czyli całe jedno, bo jest straszny zaduch.
Śmierdzi mną, Mariolą, papierosami, nie wynoszonymi śmieciami, brudem. Mamy
czwartek więc nie idę dzisiaj do pracy, może posprzątam, z naciskiem na może.
Pracuję tylko w weekendy, ale za to tak intensywnie, że aż do wtorku jestem
wypłukana z sił. Nadchodzi czas na
rutynowe czynności. Nastawiam wodę na mocną kawę, włączam komputer żeby był
zwarty i gotowy do działania w sam raz na świeżą kawę, uruchamiam także
telewizor żeby popatrzeć na karykatury ludzi i posłuchać o ich życiu seksualnym
i diecie. Nieważne jaki był temat porannego programu i tak w końcu będzie mowa
o seksie i odchudzaniu. Już od dziecka wiem, że jeżeli nie umiesz porządnie
zrobić loda a twoje ubrania są w rozmiarze większym niż 36 to jesteś nikim. Z
zapałem więc wykonuję wyżej wymienioną czynność jeżeli mam ku temu okazje, mając
na uwadze wszystkie wskazówki jakie wyczytałam w biblii miliona kobiet- w
Cosmopolitanie. I oczywiście mój rozmiar to 36, inaczej musiałabym umrzeć. Sama
odcięłabym sobie tłuszcz nożykiem introligatorskim albo skoczyła z okna,
bałabym się jednak, że utknę w futrynie i z mojego samobójstwa nic nie wyjdzie.
Trzeba dbać o fason inaczej się nie istnieje, a jak jest już naprawdę bardzo
źle to bywa, że nawet samobójstwo w
postaci wyskoczenia z okna to dla nas zbyt ambitna i trudna szuka.
Z
kontemplacji kubka kawy, facebooka i telewizji śniadaniowej wyrywa mnie dźwięk
dzwonka. Zerkam w złości na zegarek. Jest zbyt wcześnie żeby mógł być to
listonosz z jakimkolwiek rachunkiem do opłacenie czy sąsiadka chcąca pożyczyć trochę
cukru (zresztą, powinny być już nauczone, że ode mnie nie da się pożyczyć
niczego, nawet dobrego słowa). Zerkam w judasza, urządzenie, które wymyślił Bóg
po to żeby móc udać przed niechcianym gościem, że nie ma nas w domu.
Oczywiście, zerkam w oczy a zaraz potem dekolt mojej jedynej przyjaciółki
(której i tak nie lubię, a jednak ją potrzebuję)- Moniki. Otwieram.
Na drugim zdjęciu z moim Najlepszym Przyjacielem Piotrem. Bywa ciężko, ale chyba to najlepiej świadczy o tym, że jednak się lubimy !

