wtorek, 28 maja 2013

CD.

CD. poprzedniej notki :)

Mariola wpatruje się we mnie szklistymi oczami. Przespałam jej poranną godzinę spaceru. Przepraszam ją i w dwie sekundy jestem gotowa żeby wyjść z nią na spacer.  Jeżeli komuś przyszłoby do głowy żeby się do mnie odezwać, muszę pamiętać żeby nie odpowiadać. Dla dobra rozmówcy, mój oddech mógłby zabić nawet rasowego alkoholika. Zanim na dobre opuszczamy nasze mieszkanie, sięgam jeszcze do torebki po papierosa.
Na spacerze uświadamiam sobie jak bardzo jestem głodna, brudna i budząca wstręt. Tylko Mariola kocha mnie w takim stanie, podobnie jak w każdym innym. Ogólnie tylko ona kocha mnie kiedykolwiek. Nie mam pretensji do innych, że mnie nie lubią, sama ich nie znoszę i dla mnie mogliby nie istnieć. Może poza małymi wyjątkami.
Jest piękna pogoda, mamy jesień, czyli moją ukochaną porę roku. Wiatr uderza mnie po twarzy tworząc na niej malownicze rumieńce. Gdyby nie smród jaki wytwarza moje ciało, gdyby nie kask na głowie i sińce pod oczami, przypuszczam, że można by się było teraz we mnie zakochać. Sprzyja ku temu scenografia i Mariola, która wesoło wokół mnie tańczy świadcząc o tym, że jestem dobrym człowiekiem. Ale nikt nie odda teraz mi swojego serca. Mam marsową minę, palę fajkę jak marynarz a po chwili rzęsiście spluwam na chodnik. Jakaś matka z dzieckiem patrzy na mnie w niedowierzaniu i po chwili kiwa z niesmakiem głową. Wiem co zaraz zrobi i rzeczywiście zgaduję- młódka cmoka z niezadowoleniem pod nosem. Tak, cmoka na mnie, cmoka do mnie, czego najzwyczajniej w świecie nienawidzę. Podchodzę bliżej, zrównujemy się niemal ramionami i głośno, tak żeby nie było  żadnych wątpliwości witam się z nią tak jak na to zasługuje:
-Spierdalaj.
I ruszam przed siebie nawet się nie obracając. Czuję jak kobieta się zatrzymuje, zastanawia jak zareagować i wpada na to w całej swojej odwadze dopiero jak ledwo mnie już widzi:
-Cóż za język! Bezczelność !
-Spierdalaj !- Powtarzam, bo przecież nic więcej nie mam jej do powiedzenia. Gdyby zamknąć mnie z nią w jednym pokoju do końca życia powtarzałabym jej te magiczne słowo tak długo aż zwiędłyby jej uszy.
Zanim wchodzę do domu specjalnie nadrabiam drogi tylko po to żeby przejść koło sklepu spożywczo- monopolowego Iks. Jest bardzo wcześnie ale już z przyzwyczajenia sprawdzam czy nie ma Stasia. Nie ma. I dobrze, bo po przeszukaniu kieszeni okazuje się, że nie mam przy sobie nawet złotówki, więc nie miałabym możliwości poprawienia Stasiowi humoru. A szkoda. Jego uśmiech zawsze wywołuje mój, to jak błędne koło. Ja daję mu złotówkę lub dwie, on się wyszczerza, ja się wyszczerzam i wszyscy jesteśmy szczęśliwi. Radość na pół dnia w cenie kilku groszy to niezbyt droga przyjemność. Na nią jeszcze mnie stać.
Po wejściu do domu otwieram wszystkie okna czyli całe jedno, bo jest straszny zaduch. Śmierdzi mną, Mariolą, papierosami, nie wynoszonymi śmieciami, brudem. Mamy czwartek więc nie idę dzisiaj do pracy, może posprzątam, z naciskiem na może. Pracuję tylko w weekendy, ale za to tak intensywnie, że aż do wtorku jestem wypłukana z  sił. Nadchodzi czas na rutynowe czynności. Nastawiam wodę na mocną kawę, włączam komputer żeby był zwarty i gotowy do działania w sam raz na świeżą kawę, uruchamiam także telewizor żeby popatrzeć na karykatury ludzi i posłuchać o ich życiu seksualnym i diecie. Nieważne jaki był temat porannego programu i tak w końcu będzie mowa o seksie i odchudzaniu. Już od dziecka wiem, że jeżeli nie umiesz porządnie zrobić loda a twoje ubrania są w rozmiarze większym niż 36 to jesteś nikim. Z zapałem więc wykonuję wyżej wymienioną czynność jeżeli mam ku temu okazje, mając na uwadze wszystkie wskazówki jakie wyczytałam w biblii miliona kobiet- w Cosmopolitanie. I oczywiście mój rozmiar to 36, inaczej musiałabym umrzeć. Sama odcięłabym sobie tłuszcz nożykiem introligatorskim albo skoczyła z okna, bałabym się jednak, że utknę w futrynie i z mojego samobójstwa nic nie wyjdzie. Trzeba dbać o fason inaczej się nie istnieje, a jak jest już naprawdę bardzo źle to bywa, że nawet  samobójstwo w postaci wyskoczenia z okna to dla nas zbyt ambitna i trudna szuka.

Z kontemplacji kubka kawy, facebooka i telewizji śniadaniowej wyrywa mnie dźwięk dzwonka. Zerkam w złości na zegarek. Jest zbyt wcześnie żeby mógł być to listonosz z jakimkolwiek rachunkiem do opłacenie czy sąsiadka chcąca pożyczyć trochę cukru (zresztą, powinny być już nauczone, że ode mnie nie da się pożyczyć niczego, nawet dobrego słowa). Zerkam w judasza, urządzenie, które wymyślił Bóg po to żeby móc udać przed niechcianym gościem, że nie ma nas w domu. Oczywiście, zerkam w oczy a zaraz potem dekolt mojej jedynej przyjaciółki (której i tak nie lubię, a jednak ją potrzebuję)- Moniki. Otwieram.


Na drugim zdjęciu z moim Najlepszym Przyjacielem Piotrem. Bywa ciężko, ale chyba to najlepiej świadczy o tym, że jednak się lubimy !