Dzisiejszy dzień zaczęłam od obowiązkowego biegania. Razem z moim ukochanym psem Buką aka Bogdanem (to chłopak, niektórzy mają problem z tym, że ma na imię 'Buka' więc nadałam mu drugie imię na które także reaguje- Bogdan, głownie po temu żeby nie narzekano i nie marudzono, że jak to, jak samiec może mieć na imię 'Buka' <ano może i ma! :)>), potem wybraliśmy się do osiedlowego lumpeksu i zakupiliśmy przepiękne beżowo wężowe koturny na korkowej podeszwie dla mojego Mamula (sama bym je przygarnęła, ale nie mój rozmiar- ja płacze, Mamula się raduje :))
Ktoś porzucił na korytarzu książki, z których zabrałam sobie kilka. W tym jedną, o bardzo śmiesznym tytule (i mam nadzieję, że równie śmiesznej treści) pt. 'dzika Urszula'- oby był to mózgołamacz, harlekin na najniższym poziomie- mam na to dzisiaj ochotę :)
Zastanawiam się- czy gdybym od dnia dzisiejszego nie mogła już nigdy w życiu zakupić/ dostać nowego ubrania, albo nigdy w życiu nie mogła już przeczytać książki- co bym wybrała? Z dwojga złego nie wyobrażam sobie nigdy więcej nic nie przeczytać. Skoro istnieją książki, Bóg także musi istnieć- to dla tych wszystkich niedowiarków :)
