Biegnę jakby od tego zależało moje życie. Jestem przekonana,
że biegłabym równie szybko gdyby gonił mnie tak popularny od ostatnich lat
wampir (nie przystojny, inaczej bym nie uciekała), albo wyliniały, pokryty
ludzkimi narządami i fekaliami wilkołak.
Czasami tak mam. Jakiś impuls podnosi
moje ciało z kanapy sprzed telewizora i karze wybiec, a właściwie wylecieć z
domu. Nieraz jeszcze mam szanse żeby założyć wygodny, kolorowy strój do
biegania. Bywa jednak, że nie dostaję takiej możliwości. Muszę wydostać się z
domu tak jak przed chwilą się w nim znajdowałam. Czy to w piżamie, czy w
poplamionym dresie, bywa, że w jeansach i swetrze z pokemonem. Ostatnio
wyruszyłam na walkę o swoje życie w obcisłych spodniach typu rurki, które tak
obtarły mi kość ogonową i okolice, że przez miesiąc miałam problemy z
siedzeniem. Cieszyłam się wtedy, że od tak dawna nie uprawiam seksu i nie mam
widoków na jego uprawianie w najbliższej przyszłości. Gdyby mój ewentualny
partner zobaczył mój porośnięty strupami tyłek mocno by się zdziwił.
Moje włosy pokrywa pot. Nie w ten romantyczny, seksowny
sposób. Mam na głowie kask stworzony z własnego masła. Wiem, że jeżeli zaraz po
tym dzikim biegu ich nie umyję, obudzę się z twardymi, kruszącymi się strągami.
Pot kapie ze mnie jak deszczówka z
mokrego psa. Przechodniom muszę wydawać się obrzydliwa i obłąkana, zazwyczaj
idzie to w parze. Mam otwarte usta, więc moje organy i gardło pękają w bólu.
Doskonale wiem, że powinnam biegać z zamkniętymi ustami, ale w pewnym momencie
nie wytrzymuję i je otwieram. Powietrze i wiatr wpadają we mnie z impetem
porządkując moje wnętrze według własnych, krwawych upodobań. Ale nie przestaję.
Muszę biec dalej bo tak mi karzą. Nie wiem kiedy się to skończy i nie obchodzi
mnie to. Serce walczy z warstwą tłuszczu i skóry o wolność. I nagle dostaję przerwę od walki. Zatrzymuję się bez spowolnienia biegu, bez marszu- nagle i
mocno. Robię rzecz, której nie powinnam absolutnie robić, wsadzam głowę między
kolana i bardzo głęboko, bardzo szybko oddycham. Czuję, że żyję i czuję, że
zaraz mogę umrzeć. Uwielbiam to. Zwykły, darmowy bieg potrafi dostarczyć mi
tyle rozrywki. Podnoszę głowę, na chwilę robi mi się ciemno przed oczami, więc
je zamykam, bo co za różnica w takim przypadku na jakiej wysokości znajdują się
powieki.
Wracam do świata, moje serce spowalnia, gardło boli trochę mniej. Na
drżących nogach, jak kobieta, która dorwała się do zbyt wysokich jak na swoje
możliwości szpilek, zaczynam wracać do domu. To zawsze najgorszy dla mnie
moment. Bieg dawał mi wolność, szybkość, umiejscawiał mnie gdzieś poza czasem.
Teraz ślimaczym tempem muszę wrócić gdzieś gdzie wcale nie chcę wracać, wiele
kilometrów na nogach, które nie należą do mnie. Czuję się jak ktoś komu dano
skrzydła by sobie polatał tylko po to by mu je zabrać i uświadomić mu jak mało
znaczy i jak wiele cudownych rzeczy dzieje się wokół niego bez jego udziału.
Po dotarciu do domu witam Mariole, która nie może pogodzić
się z moją chwilową nieobecnością i długo jeszcze będzie się na mnie gniewała.
Dam jej ciastko, wtedy szybciej jej przejdzie.
Rzucam się na kanapę i pogrążam w niebycie. Myślę o niczym,
równie dobrze teraz mogłoby w ogóle mnie nie być bo zachowuję się jakbym nie
żyła. Kto wie, może mnie nie ma, może przez chwile rzeczywiście nie istnieję.
Zapewne także tak wyglądam, brudna, śmierdząca i sina ze zmęczenia. Muszę
przespać ten stan.
Obudzę się i mam nadzieję, że będzie lepiej. Że zacznę
działać.
Tak sobie piszę.
blogi.szafa.pl/hrabina_san




