czwartek, 15 października 2015

No i kolejny dzień. Wstał, był, a teraz chyli się ku upadkowi. Przynajmniej mój dzień. Bo za dosłownie kilka godzin pójdę spać. 
Cykl dnia jest mi potrzebny. Już pomijając to jak bardzo jest potrzebny ogólnie, światu. 
Pragnę ram, pewniaków. A jako, że nie mam ich ani w pracy, ani w życiu uczuciowym, ani towarzyskim (wszystko jest płynne i niepewne, zbyt płynne i niepewne) to jedynymi z nielicznych pewników jest dla mnie to, że po nocy nastanie dzień a po dniu noc. I tak w kółko, Macieju. Był czas, że na własne życzenie mocno sobie namieszałam w proporcjach doby, całkowicie czasami pomijając potrzebę snu. I wtedy sama te ramy se zabrałam. Głupia, głupia, tamta ja. Tak niewiele mam a sama to oddawałam. 

Ramy.
Bardzo mnie to uspakaja i nadaje mojemu życiu dużo sensu i jakości.
Jakości.
Ble.
Kolejne pewniki to godziny spacerowe mojego psa. Nieważne co się dzieje, gdzie jestem, mój pies dostaje ode mnie trzy spacery dziennie w wyznaczonych, ustalonych przez nas oboje godzinach. I to od blisko ośmiu lat. Wiem, że spacery będą i już. Koniec tematu.
Nie wiem co będzie jutro: zleceniowo, szkolno, sercowo, umysłowo. Nie wiem gdzie będę, w jakim  mieście. Ale wiem, że będzie nowy dzień zakończony nocą i wiem, że w trakcie doby wybiorę się z Bogdanem na trzy spacery.
Ten pies niejednokrotnie uratował mi już życie. Dosłownie. Kocham go.
Naprawdę kocham Bogdana. 
Chyba jak nikogo.
To mój partner życiowy.
Nikt nigdy nie dbał o mnie tak jak robi to Bogdan.
Czy to smutne?
Nie wiem.
Ja się cieszę i dziękuję Bogu za Bogdana.

Archiwum bloga