środa, 14 października 2015

Zupełnie na poważnie. Te sny to konkrety. Tyle.

Czasami sobie myślę, że ja z tym co przeżyłam, z miejscami, które odwiedziłam, z moją wiedzą jaką uzbierałam na temat świata i ludzi, z moimi myślami- naprawdę nie powinnam lubić żyć.
A ja nie tyle co lubię a kocham.
I tutaj rodzi się pierwszy i największy paradoks mojego życia.
Bo ta sympatia nie ma większego sensu, jest nielogiczna i robi ze mnie idiotkę.
Ale nie potrafię inaczej. Nie potrafię nie kochać życia.
Nie wiem, może tak funkcjonuje mój system obronny. Że większość rzeczy bagatelizuje/MY (tj. mój system obronny i ja), żeby po prostu nie strzelić sobie w łeb. A że wybiórczo się nie da (bo i na jakiej zasadzie bagagtelizowałby to a tamtego nie), to ciśnie na całym polu i nawet kiedy dostanę w mordę ja się uśmiecham. Bywa, że czuję się naprawdę idiotycznie, kiedy uświadomię sobie to czy tamto, przypomnę sobie te lub inną sytuację, przemyślę sprawę z tej czy innej strony i po tym wszystkim, ja nadal siedzę z tym kwitnącym bananem na twarzy.
A może powinnam płakać, wyć, lub się umartwiać.
Co to znaczy 'powinnam',- że świat mi tak karze? Nic i nikt mi nic nie karze.
Może lepiej by było gdyby ktoś miał nade mną taką władzę?
Rozdzielałby stosownie podług sytuacji dla mnie moje nastroje i myśli.
Jestem panią mojego losu, jak każdy świadomy (w miarę) człowiek, ale nie do końca mi z tym dobrze,
nie do końca dobrze mi z tym, że nie jest mi źle.
Bo to jakaś parodia, jakiś żart.
W tym wszystkim ukryty jest jakiś haczyk.
Boję się, że kiedyś szydło wyjdzie z worka, a ja zostanę wtedy goła i sama tak jak stoję.


http://koalkoholizm.pl/zdrowienie-porady/nawoty-picia








Archiwum bloga