wtorek, 31 marca 2015

Matko Bosko, Częstochowsko, jutro kwiecień.
Jak żyć. Jak żyć. Kiedy ja myślałam w całej mojej naiwności, że  dopiero kończy się styczeń.

Zbieram hajs na czekoladowe zajęce. Bazi też nakupuje, na Jeżyckim targowisku. Niech rodzina ma. co by sobie pomyślała, że jestem normalna. Jeszcze jajo pomaluję, koniecznie na czarno a potem się nim podzielę po równi z ferajną rodzinną i beknę na do widzenia. Będzie miło. Czuję to w kościach i we tłuszczu, który otacza moje mizerne mięśnie. Szkoda, że nie zwykliśmy chadzać do kościoła bo i z koszyczkiem na święconkę chętnie bym poszła z rodzicami za rączki, jedno z lewej, drugie z prawej i hop,m żwawo przez wieś. A może i to zrobię, ale cichaczem, w tajemnicy przed familią bo jeszcze się obrażą, że spółkuję w zdradzie z Bogiem przed nimi. A przecież Bóg też jest moją rodziną. Jestem rozerwana. Nie chcę być posądzona o zdradę. Ale kiedy kocham i Tego i Tych. Jak się zachować, żeby odbyło się to z poprawnością, praktycznie polityczną? Nie chcę się wstydzić mojej Miłości do Boga, która we mnie wzbiera ostatnimi czasy. Czuję, jak mnie wypełnia coraz szczelniej i z głębiej. Nie chcę zatrzymywać tej kiełkującej namiętności. Bo tak, ta miłość jest namiętna i gorąca jak krew lejąca się ze świeżo poderżniętej krowiej grdyki. Chcę krzyczeć, że kocham!



Archiwum bloga