Ale była tylko Pusta Głowa, która chciała się wypełnić. Czymkolwiek byle po same uszy, których jeszcze nie miała. Skoro nie masz uszu, to jak mam ci wlać myśli? Pochwy także jeszcze nie masz. Nie ma cię w ogóle. Jesteś niczym.
Z samotności stworzyła swój Cień. Przygarbiony, lekki, bez charakteru, złodziej gestów.. Nie umiał się od niej odczepić, nie umiał się też do niej odezwać. Był zupełnie pozbawiony sensu i objętości, nie dało się go dotknąć, normalnie, po ludzku.To było w nim najgorsze. Od teraz będzie jej wiecznym towarzyszem, sama go przywołała, dostała to co chciała. Nie ma nic gorszego niż ktoś, kto łazi za tobą krok w krok. Rok w rok. A lata lecą i zmarszczki twarz szpecą.
Ciąża w końcu przyszła. To chyba wtedy, z grudnia. Nowa Matka postanowiła urodzić. Trojaczki. W bólu i łzach ale z uśmiechem. Bo tego wymagały panie na białej, zimnej sali. Musi się uśmiechać, jeżeli jest dobrą kobietą, a zła kobieta matką być nie może! Więc rodziła z uśmiechem ale na pewno nie w koronie.
Białe zrodziło się z Czerwonego. Wypłynęło krzyczące, żądające. Zupełnie nie przypominające tego czego się spodziewała i co jej obiecywano jeszcze wczoraj, rano. Była zbyt zmęczona by wygrażać sądem, nie wiedziała komu i co z tego osiągnie. Więc wzięła, a biorąc musiała już karmić i wspierać, to było jej Dziecko. Jej krew i jej cera. Tylko oczy jakieś puste. I miały być trzy a jednak jedno, chociaż jak dobrze spojrzy to widzi wszystkie. Najważniejsze, że są czyste.
I wyrosły mu rogi. Jedna para, bo dwie by się nie zmieściły. Na tej małej, bezwłosej główce. Ona je widziała bo nie była ślepa. Bała się tylko, że coś złego może czekać na jej Dziecko, na Diabełka. Będzie miał wszystko czego mu trzeba. I wyrośnie na dużego, silnego, być może człowieka. Matka wie z kim ma do czynienia. Ale to jej uczuć do Dziecka nie zmienia. Może je kochać, zawsze. Bo rolą Matki jest kochać i o nic nie pytać, tylko stać w swoim własnym cieniu i czekać aż będzie potrzebna.
Czerń wykwitła na Bieli. Świat się nie zieleni, smuci się. Świat płacze a Matka skacze, nieważne, że Dziecko czernieje ważne że potężnieje.
I się ozłociła. Sama sobą zachwyciła, swoim pięknem podnieciła. Zakochana w sobie tylko żądała, nic od siebie nie dawała. Ale przecież nie musiała, kilo złota na głowie trzymała. I nim po oczach świeciła, mąciła. Zawsze dostawała to co chciała, ci od złota już tak mają. Na nic nigdy nie czekają. Złoto nie po to jest złotem żeby czekało. Złoto po to jest złote żeby błyszczało, to proste. Matka pierwsza Sroka zaraz złoto Dziecka kocha. I poleruje, godzinami, nie wypuszczając go z domu nawet miesiącami.
Potrzebowała poklasku dla swojego blasku. Bo czymże blask bez klaskania? To jak dupa za młodu bez lania.
O wielbicielach zamarzyła. Na wielkiej scenie grać chciała. Przez wszystkich uwielbiana! Do omdleń doprowadzać pragnęła i wcale by z tego powodu nie płakała, tylko by się śmiała i prawdziwą twarz zakrywała. Aż by o niej zapomniała, całe srebro swego życia zakopałaby w Afryce, żeby nie przypominało jej o czasach braku złota i miernotach. Matka zbytnio do niej lgnie, chyba czas ją w końcu zjeść!
Znad Bałtyku mewa z nowinami przybyła, czas żeby Złota Korona się zachwiała pod ptasimi skrzydłami. Ptak był pewny siebie bo nie był nielotem. A gdyby nim był to by musiał plotę roznosić galopem. Bardzo się ucieszył, że nie był miernotą, tylko lotnikiem, lot był jego Cnotą. Leciał wesoło, ptasią gębą się śmiejąc. Wiatr łechtał jego ego i tak już zbyt wielkie. Życie takiego ptaka bywa całkiem ciekawe, skacze z drzewa na drzewko gdzieś się przeleci. Jemu to dobrze żadnej żony nie ma, codziennie do kogo chce swoje trele śpiewa. Żadnych dąsów i chandr bo przecież bezsensu być wolnym ptakiem a siadać na jajcu. Lubi roznosić niedobre nowiny, to go przy życiu trzyma kiedy skrajne emocje z oczu słuchacza odczyta. Jest złośliwym ptakiem, bo owszem nie jest nielotem, ale jest zielony a chciał być niebieski. A życie ma się jedno i jego już było nie takie jak trzeba.
"Biały Tytan wypływa!" Ćwierknął Ptak Zła Nowina, Mewa co lata przy polskich polach bo dalej się boi wybywać. Nie może znaleźć nikogo na stałe, wciąż się tłumaczy, że jest tylko gapiem, który kocha podróże, mocniej wolność a najbardziej to siebie. Strach oblał wszystkich i wszystko, nawet panią z mięsnego, która była bardzo odważną kobietą, głównie dlatego, że nie miała nic. Korona na wietrze zadrgała, ledwo już głowy się trzyma. Królowa udaje, że nic jej nie zagraża, bo przecież spokój równa się władza. Dzielnie więc siedzi na swoim tronie i się zastanawia, czy ktoś jej żartu nie zrobił, tronu nie podmienił? Bo ten jakiś nagle za wąski, a może za szeroki, jakby nie jej. I jeszcze ten wstrętny zielony ptak kręci się nad jej głową udając z powagą sokoła. Ach, gdyby miała kamień!
On nie miał dwojga oczu tylko troje, widział więcej. Patrzył w głowę i przez głowę, zjadał dusze na śniadanie. Nie pił kawy bo nie musiał, kradł energię słabym ludziom.
Czarne z białym nie mogło żyć na jednej Ziemi. Kolorów tłok tworzył natłok, niech wszyscy wracają do siebie i siedzą cicho. Nastał czas walki.
Omdlałe, słabe kobiety w strachu płakały, najbardziej przed tym, że wcale płakać nie chciały. Swoich mężczyzn potrzebowały, przynajmniej tak słyszały. Wojna to nie miejsce dla kobiet. One są za słabe i miękną im nogi od widoku krwi na trawie.
Szczególnie wojna między Bogiem a Bogiem. "Kobieto! Won, kiedy ci mówię!"
Kobiety zamiast na wojnie, powinny służyć mężczyznom. Obmywać ich mydłem i karmić powidłem.
Żałować ich ran, które przynoszą po kolejnych walkach. Mimo, że bez ręki, kolację chce mieć całą. Nienasycony.
Kobiety mają kochać ponad wszystko. Wybaczać i miłować. Zawsze. Takie ich zadanie. Niczyja to wina a na pewno nie mężczyzn, że natura takie zasady ustaliła i się karze ich trzymać.
Skulone, mają czekać na powrót mężczyzny. Wypatrywać go i wzdychać ale cichutko pod nosem, żeby tym wzdychaniem obcych mężczyzn nie nagabywać, bo później coś o gwałtach wymyślają. Głupie baby, za dużo w dupie mają. A przecież obok, już czeka kolejna, chętna żeby dorwać się do jego Mleka. Więc niech sobie nie pozwala, bo jak tak dalej pójdzie, tylko swoje palce będzie miała i się nimi zabawiała. A z tego dzieci nie zrodzi.
Prędko innych przyodziewają i ich podmywają. Myśląc, że swoim klejnotem zrobią z nich idiotę. Ale ci swój rozum mają i tylko udają, że nie. Żeby kobietą było miło, ciepło i bezpiecznie w tej betonowej, małej beczce.
Kobiety mały rozum mają i nie wybierają. A wybór, dokonany być musi. Klejnot w jednych dłoniach spocząć winien, inaczej pęknie na dwoje i będzie płacz i zło życzenia. A on wtedy powie "Gdzie z ryjem?"
To Oni zapiszą się na kartach historii. Wielcy, silni i przystojni. Mężczyźni wybrali: Zniknij kobieto! Przeklęta, nieczysta. Gardzę twoim klejnotem na bazar z nim zmykaj! Zostaną z kochankami i z rękoma powyrywanymi. A na bazar długo raczej nie pójdą bo na bazarach same rupiecie i zgniłki. W ręce banana trzymają to bazarowi nim pomachają.
Sługuski sobie wybierają i ze sobą zabierają. Sznurkiem przywiązują do swojej stopy a do ich szyi. Mary i koszmary będą je gwałciły. Bez litości, na sucho. Aż ciało pokryje się zestrupiałą rzeżuchą. Lekarz nic tu nie pomoże, powie jej tylko "O mój Boże! Gdzie żeś tak się puściła, żeś se cipę rozwaliła?"
Łzy z oczu same się leją. Ale te łzy są suche, nie ma wody w pobliżu. Rzeżucha żeby rosnąć całą jej wodę wypiła. Jej rosą się obmyła. I beknęła. Rzeżuchy już tak mają, że się mocno przyczepiają. Z rzadka odpadają, ale z reguły całe życie się swej ofiary trzymają. Czasem znikają, ale powracają, swój powrót pieczeniem pochwy oznajmiają.
Ich suchy płacz daje mu moc. Skromny uśmieszek wykwita na jego twarzy. Ledwo zauważalny, subtelny nie całkiem przyjemny. Śmieje się z jej zielonej pochwy i z zielonego wąsa.
Dłoń jego ma na celu nie ochronę a zatrzymanie. W razie sprzeciwu też kary podanie. "Rzeżucha ode mnie, to ze mną zostaniesz. Ja swojego towaru tak darmo nie rozdaję.Należysz do mnie, zaznaczyłem cię dokładnie. Wiem to na pewno bo jeszcze mną pachniesz. Szczelnie wypełniłem. Zza dużo czasu ci poświęciłem, taki byłem dobry! Dzięki temu nikt już się nigdy za tobą nie obejrzy. Ale ja cię też nie chcę, bo jesteś za stara i zbyt dojrzała. Siedź w piwnicy cichutko i tylko tam mi nie płacz! Bo tego nie lubię i nie dam ci wody, a jak się odwodnisz to nie pomogą ci już nawet twoje babskie cudowne odnowy!"
Pan Strażnik nie pozwoli jej nigdy odejść. Chyba, że za cenę życia: jej i Imbecyla. A jak takiego nie znajdzie to na jej matce mścić się będzie musiał. Dla zasady, bo zasady być muszą, inaczej kundel nie wie z której miski jeść sucharki, które ktoś mu przynosi. A kto jak nie pan? Czy ona przez niego pości, czy je same ości? Raczej je za dwie a w domu wieczny syf. On tego nie chcę lecz taki jego los, że musi pokazać babie gdzie jej kąt. Jemu to nie odpowiada, przecież nie jest zły, ale nie mógłby nie dołączyć do tej dziwnej gry. I przeszkadza mu kiedy pies pokazuje czasem kły.
Tej Drugiej też smutnej i z wykrzywioną twarzą, która także marzy żeby ją swą mazią skarzył, też nie pozwoli nawiać, potrzebuje obie.
Obie są przez Niego chore, głodne nieszczęśliwe, za to całkiem spolegliwe. O ja pierdolę! Lekarza mi trzeba a nie wypełnienia. Znowu chcę być pusta a nawet i bez uszu, dajcie mi wszyscy święty spokój, nie chce mi się żyć! Jestem gruba i stara i mam wielkiego nochala. Nie jestem piękna ani słodka żadna ze mnie kotka. Nie zasłużyłam na dobre traktowanie tylko na przez łeb lanie.
Kiedyś Anioły teraz stare raszple. Skrzydła pousychały bez krwi i na maśle. Tej pierwszej nawet rzeżucha wyschła i odpadła, a ona za nią tęskniła bo przynajmniej coś miała o co dbała i pielęgnowała. Żeby roślinka się prawidłowo rozwijała a nie głupia jakaś była. Jak dziecka nie dostała to chociaż z tego cieszyć się chciała i naprawdę umiała. Bardzo się starała, ale swędziało czasami tak mocno, żeRzeżuchę przeklinała, a później przepraszała "Nie odchodź, mam tylko ciebie, naleję ci wodę, żebyś rosła piękna, silna, mądra, będziesz prawdziwą damą, wykształconą, na studia cię poślę choćbym miała żyć i o samej wodzie! Będziesz miała wielu gości a każdy z nich w tobie pogości. Jak się dobrze postarasz to swoją Rzeżuszkę będziesz miała."
Baby nie wiedzą, że zawsze jest wybór. Myślą, że muszą kochać Tego Jednego, który mówi, że jest Jedynym. Przytulają się do jego piersi, głęboko, uniżenie jeszcze zaraz się poczęstują jego męskim nadzieniem.
Ale z boku nadchodzi Potwór. Mimo ran jest niezwykle prędki. I taaki męski. Brak ręki w ogóle nie przeszkadza, jest tak potężny, że to nawet słodkie, poza tym ma gibki język. Długi i mocny, on też na siłownie chodzi, jak jego Pan Cudowny. Codziennie przed lustrem ćwiczy nim różne sztuczki, będzie kiedyś sławny dzięki głupiej suczce. Starej i bogatej, która kupi mu koronę. Prawdziwą a nie na wagę z inglond.
Z symbolem męskości w dłoni dumnie kroczy. Aż dziwne, że z pawim ogonem się po mieście nie nosi. Takiemu to się żadna nie oprze, chętnie się z nim okoci, nawet i mężatka bo takiego banana nie wypada odmawiać... Te na diecie w odwecie za kalorie będą go podwójnie kochały i także podwójnie do miłości zmuszały. "Przez ciebie utyłam 5 kilo! Nienawidzę cię, ty żmijo! Kochaj mnie natychmiast albo się zabiję i będziesz miał za swoje!" Na banana ma chęć i tylko nim chce pościć. Choćby miało się to skończyć obtłuszczeniem kości, ona pragnie wsadzić go po grdykę. Ssać namiętnie i w oddaniu jakie ostatnio ujrzała na śniadaniu, w telewizji, kablowej, pytali o to co teraz jest w modzie w takiej a takiej pogodzie? I mówili o miłości, pięknej, takiej, która spotyka Wybranych. Czyli o takiej o jakiej zawsze marzyła ale jeszcze jej się nie przydarzyła. Właściciel tego banana wygląda jakby mógł się za nią wstawić na wypadek jakiejś draki, zapowiada się porządny zięć. Dla jej rodziców, nie dla niej. Da się mu ponieść, on na to czeka, widzi oznaki jego pragnienia z daleka.
Znad ramienia tamtego na Nowego zerkała. Ale czuła się bezradna, tak niewiele miała, co mu dać mogła? Brzydka była, stara. Niegłupia, ale przecież to niemodne., Teraz modnie jest być głupią. A ona nie umiała flirtować była zbyt dorosła. W garsonkach nie wygląda się seksownie, co najwyżej niepłodnie.
Starego złota korona przyćmiewa cały jej świat. Od tysięcy lat go po niej całowała. Przed snem i na dzień dobry, w podzięce za jego hojne ręce. Czuła i czuje się przy nim taka szara, bez koloru, rozmyta, rozmemłana. Jego złoto na nią czernią pada, cały jego mrok w nią się wkrada. Nie widzi nic oprócz nocy, on chce żeby została tam gdzie właśnie stoi, głupia koza. A kozy powinny być trzymane w zamknięciu bo za dużo żrą, i ciągle memlą gębą. Szybko też przestają oddawać mleko, są po prostu do niczego.
Swojej Rywalki, drugiej kozy nie dostrzegała, bo nie chciała. Zbyt mocno swojego męża się bała by na takie coś czas i siłę znalazła. Poza tym tamta koza lepsze cycki posiadała.Wszystko stało się takie proste! Mniej wydojone. Jeszcze całkiem jędrne i pełne mleka, którym mogłaby obdarować niejednego człowieka. Oczywiście takiego śmiecia pozbawionego zupełnie gustu, w dresie z odpustu! Rozłoży przed nim chude nóżki głupiej kuzki, będą skakały wysoko i hen daleko. Z tego aż ubije jej się w tych cyckach mleko. Młodość zawsze pokona starość. To niesprawiedliwe, los kozy jest ciężki. A obiecywali, że wystarczy golić bródkę, tam na dole, ale to sekret. Nie można o tym mówić, podobnie jak o tym, że pod czas porodu krok ci pęka i krew wycieka z ciebie jakbyś była trędowata a twoja własna krew mówiła ci wprost, że się ciebie brzydzi. "Kozo odejdź, daj mi spokój, nie chcę z tobą zdychać!" krzyczy krew i wypływa. BUL BUL. Opuścili ją chyba już wszyscy, nawet jej krew. Nie wie już kim jest i jak ma na imię. Nie wie co tu robi i po co tu przyszła.
Rywalka bliżej do Kochanka miała. Po sąsiedzku z nim mieszkała. Nóżki przed nim rozłożyła, szybciej niż to planowała, ale za to w jednym się nie przeliczyła, dobry się okazał jej kochany! Taki miły, że aż usta przed nim rozdziabiła, tak samo jej koleżanka Iga, której gęba to się nie zamyka. Najbardziej miły był w sypialni gdzie prowadził ją barwami. Niedługo cieszył się jej bródką. Jak dla niego to radziła sobie w łóżku cieniutko, kiepściutko. Nie dla niego takie futro, woli cieszyć się samotni furtką.
A ona już tylko z nim sobie czas umilać chciała. Już nikogo poza Nim nie widziała, ołtarze mu stawiała. Na balkonie, w windzie, w parku chciała się z nim kochać. Wszędzie gdzie nie może wjechać auto. Przecież nie jest garażem, tylko damą. Ceniła wygodę. Lubiła powtarzać "nie jestem jak wszystkie", a On udawał, że jej słuchał, uśmiechał się mile.
Kobieta nienawiść do Swojego poczuła. Tępy żal wypełnił jej marne ciało a Tamta się cieszyć mogła, że uwiodła Boga. Męskiego, bo bez ręki ale za to z bananem z Afryki, który lubił dzikie rytmy. Może trochę pożółkłym a miejscami sczerniałym, ale mimo wszystko nadal wspaniałym i nie małym, takim w sam raz, jak to się mówiło. Chichocząc dziko i przekręcając na boki wzrokiem. Miała nadzieję, że na wieki wieków ta miłość pozostanie przy jej bokach. Nawet jak te boki zrobią się upchane z mąki. A tu proszę, taki klops, znowu! Głupia była, że się dała nabrać, więcej sobie na to nie pozwoli, bo to ją za bardzo boli. Teraz już nie będzie czuła, bo nie chce być już chora, nie ma na to czasu, bo pracuje, nie! Haruje. Sama sobie poradzi, najwyżej sobie coś wsadzi, albo nawet i nie, kąpiel na wszystko poradzi. Relaks i luksus w białej mazi.
Przez głowę Starego na Świat wyjrzeć chciała, bo się zakochała. Świdrowała wzrokiem jego uszy, chcąc przetopić mózg miękki, ślizgi, mocno nie wykorzystany. Ale za to dobrze alkoholem zaprawiany. I to nie od święta a do śniadania, zamiast kawy. Bo po co kawę pić, od niej żółkną zęby! Wcale nie był taki tępy na wszystko znajdował wykręty. Alkohol nie jest tani i skoro się trzyma pewnych drani, to ten typ tak ma, że pić musi ale pieniądze też wydusi skądś, bo jakoś mu leci. Pan taki pijący może znaleźć ulubienice w panience z dobrego domu co złotą wanienkę miała i nawet się w niej nie kąpała, bo jej się nie chciało. Takie panienki pragną różnych rzeczy, które Taki On może im dać, ale najbardziej to chcą uwagi byle nie co do swojej wagi. O wadze się nie mówi, chyba, że mamusi lub pani doktor ale to jak ktoś już naprawdę musi.
To co za tą głową ujrzała jak ją już prześwidrowała wzrokiem,piekielnym to aż krew jej zmroziło. Nagle chciała się cofnąć, zamknąć oczy, powstrzymać widoczki. Ale było za późno. Poślizgnęła się i spadła. Wpadła. Jak śliwka w kompot, ale kompot jej nie chciał, nie przeszła kontroli jakości wnętrza, jej było brudne. Od tej chwili była tylko Śliwką. Śliwką Robaczywką, na którą nie spojrzy nawet stary karaluch, garbaty i pryszczaty. Czas umierać, już nic jej w życiu nie czeka, ale jeszcze musi się dowiedzieć co to dokładnie za kobieta od Tego Pięknego Pawia i gdzie właściwie mieszka. Czas złożyć jej wizytę.
Wojna Boga z Bogiem nierówna tej jaką toczy Kobieta z Kobietą.Kobieta kobietę zje a Bóg Boga przewróci. Ale Bóg jest po to Bogiem, żeby w końcu wstać. Czymś co zjesz- możesz co najwyżej srać. A i tak zawsze pojawi się trzecia, która Boga z ziemi pozbiera i nad twoimi resztkami lekko przejdzie, krokiem tancerki. I to ta trzecia kolejnego Boga na świat wyda. Bynajmniej nie przez Niepokalane Poczęcie. Dobrze jej tak, niech w bólu zdycha! Kiedyś też będzie brzydka! I nikt jej już Banana nie da podotykać. Jej oczy będą cię drażnić, od razu przy pierwszym spotkaniu za głupią ją uznasz. Będziesz jej mówiła jaka jest słodka, czyli w twoim świecie głupiutka. Jak ujrzysz ją w swoich kolorach przestaniesz je nagle kochać i nosić, wyrzucisz wszystkie fiolety. I po co ci cała ta nienawiść, kiedy tamta koza właśnie ciągnie twojego starego woza. I ona koza druga a nie ty koza pierwsza będzie mogła swoje mleko w jego dziecko wlewać. Ty nie masz nawet rzeżuchy, idź do zakonu, albo leć do Turcji.
A teraz on jej nagle już nie kocha, tylko nienawidzi jako najgorszego wroga. Z jej macicy szydzi, że niezbyt mocna, że za mało dobra, jednego bachora w niej donosić dla niego nie mogła. Co to za kobieta, która nie może mieć dziecka? Ale teraz to nawet lepiej, jak tak to przemyślał, bo nic go przy niej nie trzyma, leci, odpływa, bo czas mu umyka, a on śpieszy na spotkanie. A przecież taka jak ona go kiedyś urodziła z takiej samej macicy, w jakiej ta druga nie powiła. On nie wiedział, że gardząc jedną kobietą gardzi wszystkimi, a gardząc kimkolwiek tak naprawdę nienawidził siebie. Jego matka do dzisiaj nie wie czy jakby wcześniej jej powiedziano, że wyda na świat takiego drania, chama to czy by go urodziła. A może by się rozmyśliła i sama z własnej woli ze schodów zrzuciła? Często w myślach się rugała, że gdyby nie powiła tego łotra, świat nie poznałby doskonałego lenia, wstrętnego egoisty, który na widok młodej siksy niemal piszczy, i który się nie śmieje prawie wcale, jakby uśmiech był brzydki. A taki łotr jest potrzebny żeby dobry mógł być Dobry. Może byłoby lepiej gdyby tego to wilka do kobiecego lasu w koszyku nie podrzuciła, obcym sukom swoje dziecko oddając. Jednej, drugiej, ciągle się nim wymieniały, wyrzucały, zamieniały, może dlatego zawsze daleko mu było do mamy? Ale las ten sam zwołuje dzikie psy pozwalając im obsikiwać wszystkie swoje kąty. Więc skoro obie strony tak naprawdę chcą nie chcąc a nie chcąc chcą to niech mają i nie mają.