sobota, 28 marca 2015

PoSylwestrze





Jako, że właściwie dopiero zakończyłam świętować Sylwestra , postanowiłam ostatecznie rozliczyć się na publicznym forum z poprzednim rokiem. 
2014 był dla mnie bardzo... 'owocnym' a właściwie "obfitym" rokiem, szczególnie w sferze uczuciowej (ale także podziało się na poletku zawodowym!). Najpierw zaskoczyłam Was pamiętnym ślubem z doskonale Wam znanym Michałem W., który to wywołał niemałą furorę wśród internautów. W sieci zawrzało. „Wielokrotny Milioner, plantator, biznesmen, wprawny lotnik i świetny hazardzista, polski wizjoner i przede wszystkim: artysta estradowy, podjął za żonę niewykształconą dziewuchę ze wsi! SKANDAL!”- brzmiały nagłówki elektronicznych artykułów na wirtualnych stronach. Zaraz potem jego zdrada, moje złamane serce- rozwód. Wielkie rozczarowanie... A mama mówiła: „Córuś, uważaj na niego… ci z telewizji już tacy są…” eh, szkoda gadać... 
No i pojawił się On, Wybawca o brzoskwiniowej skórze i wielkich, śnieżnobiałych zębach, którymi mógłby kasować bilety w tramwajach: Ricky M. latynoski buhaj, który dla mnie porzucił homoseksualny styl życia. Na chwilę, jak się okazało. Na początku związek w trójkącie z Carlosem wydawał mi się orientalny i całkiem pociągający. Kobieta, kiedy kocha- może znieść naprawdę wiele. Nawet partnera geja. I partnerów gejów też. "Z dupy do buzi"- jak to się mówi, taaa... Po jakimś czasie problemy z siadaniem zaczęły mi jednak doskwierać... doszło do tego, że oddawałam mocz w pozycji 'na Małysza', byle tylko uniknąć musu dotykania moim kształtnym podwoziem sedesu. Nawet tego złotego. Bo Ricky lubił złoto, oj lubił… Odeszłam, a właściwie uciekłam od tych dwóch kształtnych, rozbuchanych Bestii. Joe Manganiello okazał się doskonałym lekarstwem na całe zło tamtych dni mojego życia. Szybka piłka: poznaliśmy się w przydrożnym pubie, w San Francisco. On siedział przy barze, sączył piwo, powoli, z gracją, wyraźnie zachmurzony i podminowany. Taki typ z pod ciemnej gwiazdy. Krótka wymiana spojrzeń: mocnych, dzikich, zwierzęcych. Zapytał głębokim basem: „Czego się napijesz?”, drżąc w ekscytacji odpowiedziałam coś w stylu: „Chętnie napiję się z ciebie…” i oczywiście dostałam to o co sama się prosiłam. Oprosiłam się, jak świnia. Magicznie prze teleportowani znaleźliśmy się w obszczanym kiblu. Patrząc w jego krowie oczy z perspektywy żaby modliłam się tylko o to, żeby nie okazał się zbyt pozytywny. Bo zdarza się, że określenie „pozytywny” ma jednak negatywny wydźwięk… Przez myśl przewinęła mi się umęczona twarz mojej matki. Oj! Nie byłaby ze mnie dumna, ale na litość Boską!- takie rzeczy się zdarzają, a ja jestem jeszcze młoda, mam prawo poszaleć, co nie?! W San Francisco panuje taki klimat, to niczyja wina. A na pewno nie moja, bo jestem z Polski. Szybko jednak dotarło do mnie, że poza siłownią, trykotowymi polo i żelem do włosów koniecznie od Diora, ten koleś nie dostrzega Bożego świata. Głupie to było jak cholera. Kolejna porażka, znowu ucieczka...hen, przed siebie… Miałam dość! Naprawdę!- ze wszystkich sił starałam się zostać lesbijką, sądząc, że zaznam spokoju w mniej umięśnionych i gładszych ramionach niż te do których przywykłam się sposobić dotychczas. Modne koleżanki serdecznie polecały mi tę formę związku. Reklamując ją jako bardziej komfortową i mniej ingerująca tak w psychikę jak i w fizykę. No i dodatkowo jakoby bardziej hermetyczna, mniej zakurzona. Pamiętając jednak o przykrościach jakie wyrządził mi podły homoseksualny Ricky (Ah! I Carlos!) - postanowiłam nie wkraczać na tę drogę. Czyli na drogę zła, bądźmy szczerzy, nazywajmy rzeczy po imieniu. Ale na jakąś Drogę wstąpić musiałam. Przy okazji czegokolwiek, wspomniałam oralne tete a tete z Joyem w śmierdzącym wychodku gdzie zapach gówna był najmniejszym problemem. Przypomniałam sobie także modlitwę, którą odmówiłam usłużenie jak ceremonia nakazuje na kolanach- prośbę o to by nie okazał się nosicielem śmiertelnej bomby, która właściwie w tamtej oto chwili mogła przybrać kształt granatu, którego jak ta idiotka!- zawleczkę podgryzałam własnymi zębami. .Modliłam się o to żeby Joy okazał się negatywnym mężczyzną. Właśnie!- modlitwa! Postanowiłam więc ruszyć ścieżką prowadzącą w Boskie ramiona. Rzuciłam się na Boga łapczywie, pragnąc zostawić za sobą ból upokorzeń poprzednich miłosnych porażek. Marzyłam o Miłości nieskończonej, prawdziwej, takiej po prostu Boskiej. Liczyłam, że wreszcie odnajdę ukojenie dla ciała i duszy. Myliłam się. Siostry Urszulanki zwykły traktować mnie za moje najmniejsze przewinienia porem po dłoniach. Owszem, zdarzało mi się pobalować do białego rana i to właśnie w kolorze bieli wprowadzanej prosto do nosa czy wypić całe wino mszalne, które kusiło aromatem groni prosto z Madrytu albo z innych Chin, ale to jeszcze nie powód, żeby lać mnie warzywem po łapach! A lać to one umiały, zawzięte baby. Jak się dorwały to nie odpuszczały aż nie usłyszały trzasku łamanych kości. Znowu utwierdziłam się w przekonaniu, że lesbijstwo nie jest moją bajką. Baby są podłe i wredne. I bardzo dobrze czują się z jakimś poro-podobnym kształtem w dłoni. Dzierżawią takie osprzętowienie jakoby berło i sobie nim dowolnie zarządzają na wszystkie możliwe strony, także w górę i w dół. To chyba dlatego mężczyźni stosunkowo częściej lepiej się znają na kuchni. Bo kiedy oni gotują, kobiety chwytają za berła i się nie mogą od nich odczepić. 
Ale wracając do tych całych rąk: przecież jestem artystką!- nie mogłam na to pozwolić. Odsunęłam się i od Urszulanek i od Boga, na którego na chwilę się pogniewałam. Ciągle, jak w amoku zadawałam sobie pytania: „Dlaczego mnie tak uświadczasz?!", "Dlaczego akurat ja?!", "Dlaczego ja a nie ktoś inny?! Za co takie męki na mnie zsyłasz?!” W odpowiedzi spotykałam się z ciszą, ewentualnie z odgłosem mojego prywatnego szlochu. Ojjj, bo płakać to ja wtedy płakałam wiele… Postanowiłam sama Nim zostać, tzn. Bogiem. A właściwie Nią lub Tym. Trochę sobie Pobogowałam, ale odpowiedzialność z jaką wiąże się ten Zawód przyprawiała mnie o zawroty głowy. Miałam permanentną migrenę. Żaden apap nie był w stanie mi pomóc, nawet ketonal szybko zaczął zawodzić. Wieczorami tuż przed snem, dla ukojenia nerwów i ku zagłuszeniu bólu- zwykłam palić gandzie całymi tonami.Jarałam na balkonie, cichaczem- współlokatorzy byli przeciwnikami takiej formy rozluźnienia. Nic dziwnego, byli wierzący. Ale Bóg palić sam może. To co innego. 
Połowę pensji przeznaczałam na prywatne sesje u psychoterapeuty. Chodziłam do niego pod osłoną nocy, we wstydzie, że ktoś mnie może rozpoznać. Komu jak komu, ale mi nie wypadało nie radzić sobie z własną głową. Na litość nieboską, zdzierał mnie jak nawiedzony czy inny opętany! Znowu poczułam w moim życiu wyraźny brak Boga! Czyli brak mnie samej, bo to ja oficjalnie pełniłam teraz te Funkcję! Psychiatry mi trzeba a nie terapeuty! Nie ma to jak kopać leżącego, żeby było wszystko jasne i klarowne- to ja byłam tym leżącym!  "Za co?!"
Zaczęłam przenosić pracę do domu, a jak wszyscy wiemy- to nie jest zdrowe i normalne! Musiałam porzucić to stanowisko w trybie natychmiastowym, na szczęście byłam na okresie próbnym, więc udało się bez większych przekrętów. Chociaż Szef nie był zadowolony, że się zwalniam i odchodzę precz. Przypuszczam, że wpadłam mu w oko, zdaje się, że liczył na jakiś niebiański romans. Ale musiałam odejść- dla higieny umysłu. 
Zarobki i sława, jakimi cieszyłam się Bosko po Bożemu namieszały mi w głowie. Przecież nie mogłam nagle skoczyć pracować do żabki! 
Naturalną koleją rzeczy wybrałam zawód cygańskiej raperki, która zwykła wozić się nie wozami kolorowymi a autobusami, ewentualnie blablacar. Fajna inicjatywa, dobrze ktoś obmyślił ten serwis, polecam. Szmal, blichtr, fanki, latające majtki... Taaak. Nuda. No i dookoła mnie kilogramy złota, które znowu zmuszały mnie do wspomnień nocy spędzonych między rozgrzanymi, mokrymi ciałami Rickiego i Carlosa…A ja jak ta szyneczka między nimi, czasami oblana jakimś dodatkowym sosikiem czy obsmarowana masełkiem... Najbardziej nie lubiłam kiedy obkładali mnie jajkiem albo nawet kilkoma. Straszny smród i przyklejało się do skóry. Nie jem od tego czasu kanapek… Kiedy tylko przypomnę sobie o tym temperamentnym duecie, natychmiast wstaję na baczność i najchętniej podpieram zawzięcie ścianę jeżeli jakaś jest w pobliżu. Jeżeli nie, stoję i drżę jak ta osika na wietrze. Chronię swojej alkowy, którą upatrzyli sobie i upodobali homoseksualni dewianci.  Ciekawe czy kiedyś wyzbędę się tego odruchu. Nawet teraz pisząc o tych latynoskich pogromcach- stoję  nad tapczanem z tyłkiem przyklejonym do ściany pokrytej tapetą w małe, słodkie kwiatuszki.
Cholera. Nie uwierzycie co się stało później. Dorosłam i przestałam odpowiadać fanom, do których docelowo była kierowana moja muzyczna sztuka. Próbowałam się przebranżowić na country albo chociaż inne reggae, ale zostałam uznana za nieautentyczną i ostatecznie wygnano mnie z Holywood. Największy dramat dla kobiet pracujących na scenie: starzenie… 
No i co… Wskoczyłam jednak do tej żabki. Cholera jasna, wpadłam jak ta śliwka w kompot, albo płaz do sadzawki. A najprzykrzejsze: na spotkaniu pracowniczym przed świętami Bożego Narodzenia, w mojej pracowniczej paczce, wśród czekolad i taniej kawy, odkryłam kubek z wizerunkiem mojego byłego, pierwszego męża- Michasia W. No krew mnie zalała, oblałam się czerwienią na twarzy. Taką czerwienią, jaką swego czasu dumnie nosił na czerepie ten cholerny zdrajca, który do dzisiaj mnie nie przeprosił za to co mi zrobił! Dupek jeden. Ktoś tu ze mnie nieźle sobie kpi w kwestii tego kubka, tylko kto?!.... 
Wychodząc ze spotkania, byłam już na takim rauszu i haju i wszystkim co możliwe, że wzięłam i się wypieprzyłam niefortunnie na schodach- upadłam na kubek i go stłukłam. Dupą oczywiście, która i tak już tego roku swoje przeszła. Straciłam też dwa żeby. Obie jedynki. Taa, najlepiej!... Szlag mnie trafił, miałam zamiar wystawić ten uszaty bubel ze zdjęciem mojego byłego na allegro jeszcze tego samego wieczoru, którego go dostałam. Właściwie było to moje główne zadanie do wykonania na ten dzień. I jedyne … Chociaż w ten sposób planowałam zarobić na Michale. Bo jego adwokaci sprawnie pozbawili mnie jakichkolwiek benefitów po naszym burzliwym rozstaniu. Właściwie jeszcze musiałam dopłacić do interesu, ale nie chcę o tym wspominać… 
Było mi źle: byłam sama, nie miałam pieniędzy, nie miałam nawet tego oto kubka, na domiar złego zgubiłam ostatniego tampona, a naprawdę groziło mi przerwanie tamy, zaraz będzie powódź!  Palcie sześć już te zęby! W sumie jako cygańska raperka często nosiłam nakładki sugerujące braki w uzębieniu, więc byłam z tym oswojona. Kobiety i tak są puste, więc kolejne dziury już naprawdę nie zaszkodzą. Byłam totalnie wymęczona i bliska szaleństwu. Wiedziałam, ze muszę zmienić swoje życie natychmiast o 360 stopni… znaczy o 180, bo inaczej po prostu tak jak stoję to padnę i umrę. Umrę na śmierć!
 I uradziłam plan na i dla siebie: Zero facetów. Zero kobiet (głównie zero Urszulanek). Zero Boga. Zero niebiańskich treli moreli. Zero porów- właściwie to rzucam warzywa w ogóle! Zero mediów. 
Czas nas uczy pogody i pokory!- wróciłam na szczenięce śmiecie, lokalizacja: Poznań, do mojej wesołej ferajny, wśród której nie odnajdziesz ani czerwonowłosych wyjców, ani czekoladowych homosiów, ze świecą też szukać straszącego możliwością zahivienia życia Typka co to się stołuje na trasie prowadzącej do Piekła na drodze do San Francisco. Dalej: żadnych rozmodlonych fanek zabaw z warzywami i całej reszty szaleńców z cyrku odmieńców. 
Tu, w Poznaniu, jest normalnie. Klasa sama w sobie. Spokój, cisza, no i gdzie nie spojrzysz tam cycki. A to też jest całkiem w porządku. To mi się podoba, chociaż lesbijką nie jestem, jak już uściśliliśmy. Dotarło do mnie, że mam jeszcze zupełnie dodatkowo- zawsze Siebie. Taki bonus od życia. Może i bez zębów, bez przegrody nosowej, za to z lękami, które wywołuje we mnie kolor czerwony, widok kanapek i imię "Urszula", ale jednak jestem ta ja, dla siebie. Rok 2014 zaczął się i skończył więc podobnie. Z pustym kontem, ze zgwałconym sercem i tyłkiem, który stracił na swojej używalności.  
A Propos tyłka... jak tak sobie wspominam, to ten Ricky nie wydaje mi się jednak taki zły... Miał swoje odchyły, jak każdy, ale przynajmniej był  dobry w tańcu. Ah, jak ten człowiek się ruszał! 
To nie jego wina, że matka natura go tak przysposobiła... 
Może te dwie jedynki to sobie złote strzelę? Na cześć tego co było.

Archiwum bloga