Jestem Nowym Buddą.
Siedzę, stoję i chodzę.
To co było takie straszne i duże okazało się, że wcale takie straszne i duże nie jest. To co było takie niebezpieczne i nieprzyjemne, pod czas bliższego poznania okazało się być bezpiecznym i przyjemnym. To co obawiałam się, że mnie zabije- uratowało mi życie. A to, co miało uratować mi życie- chciało mnie zabić.
Ale. Co nas (jednak) nie zabije, to nas wzmocni. Prawdy, prawdy, ludowe powiedzonka, w których zaklęta jest niesamowita moc i wiedza. Kiedyś ludzie tyle nie gadali, niewiele też pisali, więc to co sobie przekazywali miało naprawdę sporą wartość. Niby pretensjonalne przekazywanki, a jednak po pewnych doświadczeniach w życiu, już tylko ich możemy słuchać i już tylko w nich widzimy jakikolwiek sens.
Głębszy, płytszy, ale jednak sens.
Jestem bardzo dumnym z siebie człowiekiem. Nie chcę żeby ktoś był ze mnie dumny, Bo i po co i niby kto miałby to być. Ja sobie nie roszczę praw do bycia dumną z kogokolwiek, to takie protekcjonalne i nachalne. Mogę być co najwyżej (i aż) dumna z siebie. I jestem.
Najzwyczajniej w świecie, chwyciłam Bestię za łeb i go jej ukręciłam. przy samym tyłku. Nie będzie mnie już nagabywać, szczególnie kiedy mi smutno.
Kiedy będzie mi smutno, po prostu będzie mi smutno. a ja to przetrawię, pójdę spać, wstanę i smutku już nie będzie. Bo tak to się odbywa. Nie trzeba zaraz chcieć zabić tego smutku, miażdżyć go i udawać sama przed sobą, że jest super. Bo nawet jak na tę sekundę nie jest, to kiedyś będzie.
Emocje są dobre, jakiekolwiek by nie były. BO SĄ.


