niedziela, 2 sierpnia 2015

To co się działo i jeszcze chwilę nadal dzieje Tutaj pod względem artystycznym, pozwolę sobie opisać już na miejscu- czyli poza tym miejscem, z poziomu mojego Domu.
Póki co, chciałam jedynie i aż opisać coś, co mnie wczoraj kompletnie wytrąciło z równowagi, a wiem już, że jestem w takim stanie, że każde wytrącenia na drugi dzień daje mi siłę. Emocje są rozbudzone, znowu je mam, mam uczucia, nie do końca jeszcze sobie z nimi radzę i jestem jak ta bomba tykająca, uczę się siebie na nowo, a właściwie poznaję świat uczuć, które we mnie albo były, tyle, że świetnie poukrywane, albo ich nie było, a niedawno się narodziły. I teraz są i rosną we mnie. pęcznieją jak kasza pod czas gotowania, więc albo będę musiała je poskromić, albo utyć do niepoliczalnych wymiarów, albo sama nie wiem już co.

Cały ten wyjazd jest istnym rollercosterem dla mnie. Osoby, które mnie tutaj poznały mają zapewne zupełnie inny obraz mnie niż ludzie, którzy znają mnie od wielu lat. Nie wiem już doprawdy, kto ma bardziej poprawny obraz. Coś mi mówi, że moi nowi znajomi, wiedzą teraz trochę więcej o mnie niż moi najbliżsi... nie ma dnia, żebym wieczorem nie wyła, to już chyba standard. pierwsze dwa razy zszokowały, potem chyba moje teatralne szlochy znudziły załogę. ale we w miarę szacunku pozwalali mi na to, gdzieś tam ewentualnie dybiąc i jakby co- służąc ramieniem, którego nie potrzebowałam aż do wczoraj. Płakałam sobie tylko, godzinami, łaziłam po zielonych terenach i ryczałam. jako ten jeleń na rykowisku.

W ciągu dnia było przewspaniale- śmiechom, żartom, wspólnym posiłkom, rozmowom o sztuce, o życiu, kulturze, związkach- nie było końca. Wszystko to w atmosferze wzajemnej ciekawości siebie i w szacunku. Im późniejsza godzina tym było mi ciężej. Wiemy, że nie jest dla mnie łatwym przebywanie z innymi ludźmi, a tutaj robimy to non stop i to w duży stopniu nad intensywnie, i mimo kilku zwad, które gdzieś tam się pojawiły- nie pozabijaliśmy się. nawet wręcz przeciwnie- polubiliśmy. a ja to polubiłam ich bardzo! wracając:
ale wczoraj ktoś, spoza towarzystwa powiedział ni to w żartach ni nie w żartach o jedno zdanie za dużo. takie, które zawsze mnie raniło. i system poszedł się sypać. po wyjściu gości, których pierw obecność a potem nieobecność wywołała szaloną kłótnię wśród domowników- ja po prostu nie wytrzymałam, to nie jest tak, że w moim świecie za normalne uważam żeby wybiegać pod czas niesmaków i ryczeć lecąc przed siebie.co to to nie, ale to się stało. wybiegłam w środku nocy z domu, jakieś lasy, trele morele, nawet Bogdan, który nie zwykł okazywać emocji- jako, że jedyny za mną poszedł- szturchnął mnie w ramach pocieszenia nosem pod pachę. a potem mnie olał. i dobrze.
i gdzieś tam siedziałam i szlochałam. nawet przez myśl mi nie przeszło, że może stać mi się krzywda. uważam, że jest taki specyficzny stan, w którym może znaleźć się człowiek, który wyraźnie daje otoczeniu znać: "nie podchodź!" i to rzeczywiście, wyśmienicie funkcjonuje.

nie wiem ile tak siedziałam i szczerze cierpiałam, kiedy doszły do mnie dwa fakty:
- to już całkiem długo tak siedzę.
- nikt po mnie nie wyszedł.

i następna dwa fakty:
-i nikt już raczej po  mnie nie wyjdzie.
-czułam się dokładnie tak, jak robiłam to jako dziecko- wybiegałam z domu, chowałam się za ogrodzeniem, w złości, smutku, i liczyłam, że ktoś po mnie wyjdzie i poprosi żebym wróciła. powie też, że po prostu tęsknił, i że mnie brak. nie zdarzyło się to nigdy. nigdy nikt po mnie nie wyszedł. najgorzej było później wrócić do domu z podkulonym wyimaginowanym ogonkiem, w tym wielkim poczuciu wstydu, że nikt nie zauważył, że cię nie ma, mimo, że w twoim postrzeganiu świata nie było cię tydzień (w świecie realnym pewnie z pół godziny, ale wiemy jak funkcjonują dzieci i jak obliczają czas, szczególnie ten im się dłużący)

od blisko 20stu lat nie praktykowałam zwyczaju ucieczki, aż do wczoraj. i nie był to zamierzony akt udowadniania Komuś-Czegoś. Ja uciekłam, w rzeczy samej. Bo inaczej może i polałaby się krew. Ale już przekraczając próg domu wiedziałam, że postąpiłam o krok za daleko, że ciężko będzie mi się wycofać z tej sytuacji. Że to już jest naprawdę nieciekawe położenie, na które skazałam się trochę sama, trochę sytuacja mnie w to wepchnęła, a trochę może sama temperatura powietrza. Ale krok został wykonany. PAC. Jestem na zewnątrz a nie w środku, jest noc, to jest las, a ja jestem zła, zła i właściwie to okropnie, szalenie smutna.

naszedł mnie ogromny wstyd. jak tu teraz wrócić, żeby wyjść z twarzą? a może nie wracać wcale? i co, mrówki mnie zjedzą? a może pójdę pieszo do Poznania? wiedziałam, że nie chcę już tam siedzieć, że to wszystko trochę głupio się potoczyło, że wszyscy zawiniliśmy a może nikt, że nie umiem jeszcze panować nad swoimi emocjami, i co teraz, i co teraz...

I wtedy, kiedy moje wewnętrzne, samotne dziecko zaczęło rozmyślać jak podejść do tematu w miarę logicznie, żeby to wszystko miało sens,
usłyszałam, że mnie szukają. kilka długich minut zastanawiałam się, czy mój mózg nie płata mi figla i nie oszukuje mnie, że jestem szukana. bo tak bardzo marzyłam o tym żeby ktoś okazał mi zainteresowanie, że mogłam przekłamać sytuację.
marzyłam o tym żeby zostać znaleziona.
ale nie.
EWOOO
EWOOO
i przyszli. po prostu. zabrali mnie. i to nie było z łaski czy ze śmiechem. bali się o mnie i chcieli żebym wróciła. a ja wróciłam i nie czułam się niekomfortowo.
wracając:
znowu jestem dzieckiem. a  może po raz pierwszy w życiu, tak naprawdę.
i dobrze mi z tym.
i lubię płakać, już nie wstydzę się łez. one mi pomagają.
z pozoru można pomyśleć, że zaraz mnie zabiją, zaleją mi wnęrze i utopię się sama w sobie, i mimo, że budzę się z podkrążonymi, czerwonymi oczami,
to
te łzy ratują mi życie.
bo ja wypłakuję toksyny.


Archiwum bloga