piątek, 17 lipca 2015

czasami wydarzy się coś, że musi być już koniec. że ten koniec jest konieczny i jest jedynym rozwiązaniem. i wtedy, niezależnie od tego czy nam się to podoba czy nie, owy koniec rozumiemy i na jakiś tam sposób szanujemy. bo jest logiczny i tak ma być. nawet- mimo, że jest nam on niemiły. i że wolelibyśmy inaczej.
zdarza się jednak tak, że tego końca nie rozumiemy, nie jesteśmy w stanie zaakceptować i czujemy wielki, dojmujący żal. bo zdarzyło się coś, co w naszym świecie się nie zgadza, wprowadza zamęt i dysprporcję. i jest nam niewygodnie, niekomfortowo i źle.
i okazuje się, że to, że u nas tak to wygląda wcale jakoś specjalnie nikogo więcej nie wzrusza. poza nami samymi.
kiedy żyje się z innymi ludźmi, zaprasza się ich do naszego świata, jest tak, że nie jesteśmy wcale decyzyjni do końca. bo nasze widzimisie jest nagle połączone z tymi innymi ludźmi. a tutaj wchodzi w grę także ich widzimisię. a one nie zawsze się pokrywają, właściwie- to przeważnie nie.
i co tu zrobić.
my nie rozumiemy, ale ktoś inny podług swoich realiów rozumie i wcale nie ma nawet potrzeby nam wytłumaczyć, bo dla niego temat jest zakończony i już nieistnieje. a dla nas istnieje i kłuje i śmieje nam się w twarz za każdym razem kiedy przypadkiem zerkniemy w lustro. bo nieprzypadkiem to już się nam nawet nie chce. bo nie lubimy siebie, bo jesteśmy brzydsi niż dawniej.
...-a my, w naszych realiach, w naszym świecie, pozostajemy z niedomówionymi sprawami i z wielką, gorejącą dziurą.
i tej dziury nie da się załatać, bo plomba nie jest na onz, a na chujciwdupe.

Archiwum bloga