wtorek, 28 lipca 2015

Nie pierwszy raz wstaję o 5tej, Następnie zmuszam się jeszcze do pół godzinnej drzemki i idę spać dalej.
Dobrze. dobrze.
Owszem, swego czasu, czyli za czasów 'za zdrowia', tego byczego, jurnego- zwykłam wstawać raczej godzinę później, ale tłumaczę sobie to wiekiem starczym. Im mniejsza aktywność życiowa, tym mniej snu potrzebujemy. Głupcami są ci, którzy wyobrażają sobie, że starość przyniesie im upragnione, wielogodzinne spanie. Ano nie. Poobserwujcie trochę swoich dziadków i babcie, przestańcie być ślepi na ich zwyczaje i obyczaje. To ludzie, którzy żyją inaczej niż wy, a ich życie już na pewno nie polega na wiecznym spaniu, raczej na wiecznej walce o to, żeby dać radę przynieść wnusiom czy dzieciom codzienną poranną porcję świeżego pieczywa. A my zamiast to docenić, to wkurzamy się, że tak długo musieliśmy na nie czekać... i że z głodu to nam się nawet odechciało jeść i wielkie dzięki, ale wychodzimy na crouissanta z Moniką, więc bułeczki od dziadka już nie chcemy.
poza tym, wybiera fatalne pieczywo i powinien już wiedzieć, że jesteśmy uczuleni na gluten, a głównie to na kalorie!
parszywy losie.
Z drugiej strony, wspominam dni, kiedy biegałam namiętnie (ah, czasy Trójmiasta, kiedy to było?) i wówczas także spałam jakoś mniej. Tutaj z kolei zdaje mi się, że to sprawa świeżego powietrza i ładowanie bateryjek energią słoneczną. i ogólnie, te całe hormony szczęście, inne trele morele.
Chciałam zacząć biegać wczoraj. Ale jako prawdziwy rebel, z powodu takiego, że był jakiś dzień święto sportu- postanowiłam dla zasady akurat tego dnia nie zacząć biegać.
Dzisiaj. I to w pięknych rejonach. Po pracy, z psem. Wybiegam smutek bo od tego są nogi. Żeby zabrać nam troski. idźcie precz, a słoneczko niech do mnie macha i mnie poprzytula.


Archiwum bloga