idę do szkoły. oczywiście spóźniona, dwie godziny i zapewne też ze dwie godziny wyjdę wcześniej, ale dla mnie to i tak duże osiągnięcie, że w ogóle wychodzę na zajęcia. nigdy nie byłam w tym dobra. właściwie nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek w czasie ponadgimnazjalnym uczęszczała na zajęcia jakoś specjalnie. wiecznie kombinowanie jak nie pójść a mimo wszystko zaliczyć. no i oczywiście ciągłe sukcesy na tym polu. ale teraz idę bo chcę się czegoś konkretnego dowiedzieć. mam plan, a żeby go zrealizować muszę zadać dzisiaj komuś kilka pytań.
no i jest 'sesja', hohoh, ukochana młodości, wiecznie mnie rozpieszczasz. lowe krowe.

