piątek, 16 stycznia 2015

Życie, kocham Cię nad Życie!

Jestem  chora. Nie okrutnie, ale jednak. Trochę zmęczona. Wymięta.
Ostatni tydzień był szalony. Spędziłam go z moim najlepszym Przyjacielem na wspólnym życiu. Po prostu. Oczywiście mocno się sobą zmęczyliśmy w pewnym momencie (zbyt intensywnie spędzaliśmy czas, nie odpuszczaliśmy), jednak mimo wszystko- już tęsknie i potrzeba mi więcej.

Jesteśmy słabsi niż kiedykolwiek, paradoksalnie- również silniejsi. Właściwie nie wyobrażam sobie co by się musiało stać, żeby nas potężnie złamać.
Jesteśmy za mądrzy i zbyt dobrze używamy oczu, żeby cokolwiek mogło nas zdziwić czy skrzywdzić.

Taka nieśmiertelność to cecha ludzi, którzy nie mają nic do stracenia i nic do chronienia.
A my owszem, chcielibyśmy coś chronić, mamy jakąś biologiczną, naturalną potrzebę założenia stada i warowania przy nim- jednak, skoro ta potrzeba jest nierealizowana- szalejemy w odtrąceniu i zgorzknieniu, aż w końcu stajemy się obojętni i wypluci.

Następuje  taki czas w życiu człowieka, kiedy ma już dość odtrąceń dla swojej przygotowanej 'paczki wyselekcjonowanego dobra' i wywala ją do śmieci, zamiast nadal czekać na kogoś kto ją przyjmie.
I ja powoli wchodzę w 'ten czas'. Przykre to i rozczarowujące, jednak moja samotność (bo tak, dotychczas, nieważne czy w związku czy nie- zawsze byłam samotna na partnerskim poziomie życia) jest już dla mnie taką codziennością, że właściwie ciężko jest mi sobie wyobrazić mnie w związku dwojga równych sobie, świadomych siebie ludzi. A nic innego już mnie nie interesuje. Już nigdy nie wejdę w coś nierównego. Romanse- owszem, ale żadne ytele, morele, całuski i łapki w galerii handlowej.
Jeszcze COŚ się we mnie tli, ale czuję, że to tlenie zostanie ugaszone pod czyimś ciężkim butem. Samotność to coś co znam, to moja bezpieczna strefa komfortu. Mam już zbudowany własny system, uporządkowane życie.Jeszcze ktoś może w nie wejść, (może- być może), ale z każdym dniem staje się to coraz bardziej nierealne.
I jakoś mi smutno. Wychowana we wzorcu- matka, ojciec, mąż i żona- ponad wszystko (choćby i w braku miłości a zamiast w miłości to w pogardzie!) mimo, że go nie lubiłam- mam go głęboko zakodowanego w głowie i uważam taki stan rzeczy za, może nie normalny ale prawidłowy i konieczny. I skoro go nie realizuję, czuję się dysfunkcyjna, niespełniona i niepełna jako kobieta, jako człowiek.
Czuję, że zawiodłam.
Czuję się nieatrakcyjna jako kobieta, szczególnie na tle kobiet, które są w stałych związkach, mimo, że te związki są dla mnie w większości nic nie warte- oparte na kłamstwie i wzajemnym zapewnianiu się o nieprawdzie. Takich związków mogłabym mieć na pęczki. Ale nie mam, bo nie chcę. I przez to, że nie chcę czuję się gorsza.


Archiwum bloga