wtorek, 29 września 2015

obżarłam się jak świnia. i chyba tego nie przeżyję.
i nie chce patrzeć, nie mów, że mam. bo nie chcę i już. czemu ludzie są tacy napastliwi w swoich debilizmach?

czwartek, 24 września 2015

Życzyłabym sobie żeby było mniej dziwnie. Mniej niepokojąco i bardziej pewnie, statecznie. Tylko głupców cieszy wieczny zamęt, dziwactwa i chaos. Ja marzę o spokoju. O braku niepokoju. Bo on mnie wykończy, jego nie brak a jego nadmiar. Wypełnia mnie aż po szwy, aż po koniuszki włosów. Nawet one mi telepią z rozdrażnienia.

środa, 23 września 2015

Dobry Boże, dałeś mi już tyle sił i to na różne rzeczy. Takie, owakie i pendrakie.
Teraz daj mi siłę na sport.
SPOOORTTT

wtorek, 22 września 2015

jeżeli odczuwasz smutek to nie jest ci smutno tylko jesteś smutkiem
jeżeli odczuwasz radość to nie jest ci wesoło tylko jesteś szczęściem
jeżeli czujesz miłość to nie kochasz tylko jesteś miłością
jeżeli śpisz to nie śpisz tylko jesteś snem

ot co.
do przodu.

niedziela, 20 września 2015

postanowień czar. na nowo i na nowo. ale może tym razem się uda.
przede wszystkim: być dla siebie dobrą. być swoją przyjaciółką.
dobrze się odżywać, wiele spacerować i wyciągać głowę do słońca.
czy to tak wiele?
ah, i ten przeklęty rower.
Boże, daj mi siłę żebym go dzisiaj odebrała.
dołożę wszelkich starań żeby siebie do tego nakłonić.
ciężko jest w życiu, kiedy jest się swoim największym przeciwnikiem.
a tyle książek czeka na przeczytanie, tyle kartek na zamalowanie.
nie, pokora. nie można być wiecznie pobłażliwym
pobłażliwość i bycie dla siebie dobrym to dwie różne rzeczy.


ja się boję.
czy ten strach będzie towarzyszył mi już zawsze?
bardzo mocno się boję.
jak nigdy.





https://www.youtube.com/watch?v=HIw8YMHtnTo

borderline, borderline, na na na
bywa lepiej bywa gorzej.
ale co zrobić, kiedy jest jak jest.
jeść czekoladę i robić se selfie. to zawsze podnosi humor.


sobota, 19 września 2015

https://www.youtube.com/watch?v=CFmoz_LT0qo

na dobro zły start.
mam chęć wyjść z domu i iść przed siebie. i iść. i iść. z psem pod pachą, tuzinem książek i siedioma tabliczkami czekolady.
no i co. no i czy ja to zrobię?

na pewno  nie do końca. bo nie mam pieniędzy na siedem tabliczek czekolady.

piątek, 18 września 2015

Chciałam wyjść na świat i się z nim i w nim cieszyć.
Ale ta ochota od zawsze była bojkotowana. Nieustannie dostawałam obuchem przez łeb. Nie mogę się uśmiechać, nie mogę się śmiać, nie mogę być ciekawa, nie mogę zadawać pytań,  nie mogę myśleć, nie mogę marzyć, nie mogę chcieć żeby było dobrze- tego byłam uczona, ciągle i bez ustanku. Starałam się nie słuchać, odrzucać od siebie to co słyszę i to co widzę.
Ale teraz mi się już nie chce.
Nie, że się poddaję. Po prostu walka z wiatrakami nie ma sensu.
Zamykam swój świat ostatecznie. Jest już, jak nazwa wskazuje- mój. I tylko mój.
Ile razy można błagać o wysłuchanie o danie szansy- innym dla siebie. A pod ową "szansą" nie kryje się nic innego jak po prostu uśmiech i współdzielenie radości.
Ile razy można prosić innych żeby zaczęli się do mnie uśmiechać.
Ile razy można myśleć ciepło o tych, którzy mówią, że jesteśmy przyjaciółmi, czy, że się kochamy, a potem milczą, nawet kiedy Ty bardzo potrzebujesz, żeby się odezwali. I przecież już nawet nie marzysz o tym żeby się domyślili, bo dawno już wiesz, że ludzie są mało domyślni. Ty im po prostu mówisz- proszę, bądź.
Ile razy można godzić się z tym, że ktoś kto jakoby się Tobą przejmuje i komu na Tobie zależy- mówi Ci "idź sobie" a jutro "wróć".
Właściwie, nie powinno się ani razu. Bo każdy taki raz zabiera nam miłość samych siebie do siebie.
Chcę spać, spać i spać.
I ja już nie wiem ani kim jestem, ani gdzie jestem i dlaczego. Nie wiem nic. I nigdy z tym 'nie wiem nic' nie było mi aż tak źle jak teraz. Jestem zawieszona, porzucona, odepchnięta, splugawiona. Jestem wyliniałym kundlem bez nogi, który nawet już nie wie co to buda i własna miska z wodą.

Strasznie dziwne są te dziwy, które się zdarzają tak zupełnie, zupełnym przypadkiem.
To się dzieje. Trach i jest. I każdy jakoś w szoku. Stoi i nie wie co powiedzieć. A, że coś powiedzieć trzeba to się mówi "oooo, cześć!" i już wszystko jest okej.










środa, 16 września 2015

Wielu rzeczy nie rozumiem, wiele wydaje mi się, że rozumiem i wielu już nie zrozumiem.
Jest też kilka spraw o których mogłabym nauczać i prowadzić warsztaty "jak i co" jako największy guru świata.
Przeważnie, jeżeli czegoś nie wiem, a interesuje mnie to- dążę do jako takiego zgłębienia tematu. Szukam, mam oczy i uszy otwarte.
zdarza się, że z niewiedzą, pokornie jestem pogodzona, przynajmniej w danym czasie i w konkretnym etapie mojego życia.

Ale jest taka jedna sprawa, która nie daje mi spokoju. Nie mogę przez nią spać, nie mogę często normalnie funkcjonować.
Nie rozumiem jej, bo ona jest nie do pojęcia. A boli jak jasny gwint. I zamiast machnąć ręką, że nie to nie, to ja nie potrafię. I tego też nie rozumiem. Bo wszystko co tej sprawy się tyczy jest dziwne, nielogiczne i niepokojące. A ten niepokój, który chowa się w moim wnętrzu, dokładnie gdzieś na wysokości serca, czasami potrafi sprawić, że owe serce staje i nie chce dalej bić. I dusi mi gardło zapychając je wielką, nieprzyjemną gulą.

I znowu tylko:
gdzie jest moja Mama, gdzie jest moja Mama.
Ale po co, na co?
Bo kiedy ją widzę to raczej się denerwuję.
Gdzie jest ktokolwiek kto mógłby mi pomóc, w czymkolwiek.
I czemu ja sobie już nie wystarczam?

https://www.youtube.com/watch?v=SJcrcxnlirge

Czasami wali się grochem albo inną głową o ścianę. a ta cholerna ściana nie chce ani się nadkruszyć, o pęknięciu nie wspominając. i stoi dumnie, niewzruszona, mimo, że cała we krwi oczywiście nie swojej tylko twojej, stoi tak i gdyby tylko mogła to by się uśmiechała. z politowaniem.
Bóg jednak istnieje i jakoś w miarę sensownie to obmyślił, że ścianom nie dał ust i zębów. inaczej wielkimi uśmiechami po prostu zabijałyby resztki życia, które tlą się w tych co tak walą nie dłonią a głową i nie w drzwi a w ścianę.
 Ściana nadal stoi, a ciebie kurwica bierze, bo wiesz ile sił, energii i czasu kosztowało cię to żeby od tej ściany się oddalić, uciekając przed nią pędem, wybierając już milionową drogę, zgoła przeciwną do tej ostatniej, a mimo wszystko, znowu lądujesz przed ścianą. tą samą.
oczywiście.
jakżeby inaczej.
dzień dobry, kochana ściano.
cześć i czołem.
ccwd.





niedziela, 13 września 2015

jak to zrobić

kiedy człowiek chce uciec sam przed sobą
i od siebie
a jednak chce żyć
to jak?

środa, 9 września 2015

"Spójrz na siebie, powiedz kim Ty jesteś?"

wszyscy jesteśmy samotni.  cholernie, przeraźliwie samotni.
jedyne co mamy to my sami, a ci my sami są nic niewarci.
bo o to się w życiu rozchodzi, żeby jednak mieć coś, kogoś więcej niż samych siebie.
ale nie.
nie i koniec.
nie da się.
tak se myślę, że po ptakach.
latać już nie będę.
ale mimo wszystko, życie jest spoko.

jak to się stało... że mając to co mam, a mianowicie: młodość, ogólne zdrowie, nie najgorszy charakter, nie największa głupotę, całkiem przyjemną urodę, jakiś tam talent...
ja...
nic.



poniedziałek, 7 września 2015

wydawać by się mogło, że...
ha ha ha

nie i koniec.
pięknie jest i nie będę udawać, że jest inaczej.


sobota, 5 września 2015

https://www.youtube.com/watch?v=H0h_EhCnDpI

nanana, bądź dużym chłopcem.. już pozostawiając w tle sprawę tekstu, niby takiego fafu rafu, ale jednak nic wielkiego, to tłusty bit jest całkiem smaczny. kojarzy mi się z dżunglą. no tak, bo miłośc to wojna. krew się leje w lewo i w prawo.

pogoda miszcz.
idę tam i wracam.
chłonę/



czwartek, 3 września 2015

Podtrzymywałaś moją głowę, nie roztrzaskałam skroni o podłogę. Póki co.

Dziękuję. Bo naprawdę. Bez Was nie byłoby mnie. Czasami o tym zapominam. Ale kiedy są te przykre sytuacje, to wiem, że Wy jesteście. Tyle łez, krwi co się między nami przelało, to największy basen na świecie by nie pomieścił.
 I tak się jaram patrząc jak dorastamy. 
I tak się boję.




O normalność proszę
I chyba się oproszę
Albo oprosię


wtorek, 1 września 2015

Sama nie wiem czy pogoda jaką mamy dziś za oknem jest dobra na to co ma mnie dzisiaj spotkać czy raczej nie. Będę mogła się wypowiedzieć tak naprawdę pod koniec dnia, a może i jutro kiedy całą rzecz prześpię i przetrwawię.

Odnośnie mojego poprzedniego snu (tak, tego symbolicznego), dopiero teraz, z perspektywy kilku mocnych dni, kiedy ten sen zrealizował się na jawie i to kilkukrotnie, wiem o co chodziło w pełnej krasie. I wiem dobrze skąd i po co wzięło się to poczucie smutku i radości jednocześnie. Wiem i nadal podtrzymuję: smutno mi i wesoło jednocześnie, że Bestia została pokonana. Wiem też co się z nią stało. Spokojnie, nie straciła głowy. Ktoś się nią zaopiekował i uwolnił ją samą od siebie i z siebie.
Budda, Budda, Budda...

Zimny poniedziałek, gorącą stanie się niedzielą.

A we mnie stres. Grupa mnie rozwaliła. Ale chyba o to chodziło. Przeżyję i obudzę się silniejsza. Za tydzień rozwali mnie mniej, za dwa tygodnie jeszcze mniej itepe.
I nie lubię tych wszystkich pytań.
Na każde ciśnie mi się jedna odpowiedź.
Ale staram się ją zamieniać na:
RÓŻNE RZECZY



poniedziałek, 31 sierpnia 2015

My tu prowadzimy i wespółtworzymy swego rodzaju nową rodzinę. Jesteśmy grupą ludzi współdzielących przestrzeń, wspomienia, jedzenie i uśmiech. Wkurzamy się na siebie, mamy się dość, ale wystarczy, że jedno z czegoś tam się w kącie śmieje- drugie nawet nie wie z czego, ale też zaczyna się smiać. I to histerycznie. Ale w pozytywnym sensie tego słowa. W całym tym skupisku nas, naszych rzeczy i niedoborze (wiecznym) kawy, czuję się na nowo jakbym miała naście lat, i nie jest to powrót przerażający. Dużo różnych przykrości mnie spotkało po drodze, w większości sprowokowanych przeze mnie, teraz muszę otaczać się bliskimi. I bliskość tę chłonę i mam nadzieję, że podobną się odwdzięczam.

a mi się marzy Sarbia w weekend. Doprawdy, nic większej rarości mi nie da. Mam niedługo urodziny, więc zasługuję na Sarbię. oh, Boże, Boże.

niedziela, 30 sierpnia 2015

https://www.youtube.com/watch?t=100&v=0GzCqwk_sTI

dlaczego ludzie boją się wychodzić sami. przecież wtedy są najbardziej z kimś. ale do tego to chyba trzeba dorosnąć. do siebie.
Dzsiaj w mam nadzieję- szczytnym celu straciłam kawałek jedynki. i tak mi się myślenie pogmatwało, że jakoś nawet mi nie jest ani smutno ani wkurzenie, bawi mnie to i uważam, że wyglądam całkiem zabawnie i że oby ubytek dodał mi charakteru. tj. mojej urodzie. zbyt oczywistej i byle jakiej. ale jednak dobrej. 
Jest gorąco i parno,  nie ma czym oddychać, ale mimo wszystko książki da się czytać. Nie trzeba oddychać żeby móc czytać, takie proste prawidełko, ot co.

Niektórym to trzeba odpuścić ich grzechy i przejść nad nimi do porządku dziennego. Ale tym osobom trzeba też odpuścić ich samych. Albo inaczej: sobie te osoby. Sorry, winetu, ale taki mamy klimat.




piątek, 28 sierpnia 2015

https://www.youtube.com/watch?v=2si5iJbBo8I
Miasto budzi się a w nim ja.
Teraz już wiem, że w moim wczesnym wstawaniu nie ma nic zboczonego i nie na miejscu. Budzę się razem z dniem. Obserwuję cały cykl doby, zaczynając od przebudzenia słońca, które swoją potęga rozrywa chmury, przez królujący błękit na niebie, aż po jego poddanie się szarościom, które w końću ustępują głębokiej, piegowatej w gwiazdy czerni. i to wszystko jest moje. Tylko dlatego, że sobie pozwalam na te widoki. Nie okradam się z nich śpiąc do 12stej. ten kto się z nich okrada jest zboczony. Ten, który ignoruje poranne pianie koguta, słyszalne nawet wprawnym uchem w zapiździałym mieście.
Miasto budzi się z naszymi marzeniami.
Szumem ulic woła mnie.
Nie jesteśmy sami.
Daj nam dzisiaij dobry dzień.

Proszę o dobry, dobry dzień. Zrobię wszystko żeby takim był, tyle z mojej strony. proszę o odrobinę wsparcia.
https://www.youtube.com/watch?v=CANx5RcdPdo
https://www.youtube.com/watch?v=GpCmSmbhtRs

więc chodź, pomaluj mi życie
niech świat mój się zarumieni

mój świat jest już zarumieniony,
ale czekam
na ogień
już czuję dym(ek) ogień się zbliża.
czerwień nadchodzi
a ja czekam
chodź już tu czerwienio, jestem gotowa, przyjmę CIę na klatę :D


czwartek, 27 sierpnia 2015

https://www.youtube.com/watch?v=1StijejgfZg
https://www.youtube.com/watch?v=ckovetFL8ns

Dzisiaj piątek. To początek ostatniego weekendu wakacji. I początek ostatniego weekendu kiedy ja się rozpakowuję. Także życiowo. Walizeczki, bluzeczki, lakiery do paznokci, kawałek mózgu na podłodze, serce pod dywanem, pod dywanem, którego nawet nie mam-dodam, notatki- zapisane myślami, których nie chcę zapomnieć. Rysunki, czarno białe z plamami czerwieni. Zapachy. Głównie bez i ciężkie, babcine perfumy, które nawet nie były w pobliżu żadnej z  moich babć. Żadna z nich nie była zwyczajową babwią. Obie były nadzwyczajne. Obie dziwne, trochę złe, w tym jedna bardzo a druga malutko, więc wychodzi, że obie to robiły niemal średnią bylejakości. Ale paradoksalnie, zestawione ze sobą pod czas jakiś świąt rodzinnych nie potrafiły zachować bylejakości, tylko prężnie przedstawiały te swoją oto dziwaczność.
jak na tacy. były niemal gołe od nadmiaru emocji.


środa, 26 sierpnia 2015

Poważnie zastanawiam się nad tym, czy boli mnie szczęka, policzki- od bruksizmu, którego się niedawno nabawiłam czy od... ciągłego uśmiechania się. cały czas siedzę z bananem na buzi. staram się go pozbyć, bo już po prostu nie mogę z bólu, ale nie da się. po prostu. jestem szczęśliwa. i co mam z tym szczęściem zrobić, kiedy ono aż mnie krzywdzi?
mogę się nim przykładowo dzielić :)

więc chodź, pomaluj mój świat.
nie, to ja pomaluję. świat, cały.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Zaczął się czas zmian już tak całkiem serio, serio. Przeprowadzka, praca, idę też na nowe studia. 
Nie mam złych myśli. Mam dobre myśli.
Mam wenę, chęci i radość.
I chcę tą radością się dzielić. Chcę współtworzyć. tworzenie jest mniej przyjemne i mniej wartościowe niż współ.
wespół
na pół.

Dziękuję za to wszystko co mam.
Głównie to za oczy i za ręce. 
Nie wiem kim bym była bez moich oczu i rąk, ale na pewno kimś zupełnie, zupełnie innym. 
A jako, że na nowo lubię i kocham siebie, nie chciałabym być kimkolwiek innym.

 

sobota, 22 sierpnia 2015

Jestem Nowym Buddą.
Siedzę, stoję i chodzę.
To co było takie straszne i duże okazało się, że wcale takie straszne i duże nie jest. To co było takie niebezpieczne i nieprzyjemne, pod czas bliższego poznania okazało się być bezpiecznym i przyjemnym. To co obawiałam się, że mnie zabije- uratowało mi życie. A to, co miało uratować mi życie- chciało mnie zabić. 
Ale. Co nas (jednak) nie zabije, to nas wzmocni. Prawdy, prawdy, ludowe powiedzonka, w których zaklęta jest niesamowita moc i wiedza. Kiedyś ludzie tyle nie gadali, niewiele też pisali, więc to co sobie przekazywali miało naprawdę sporą wartość. Niby pretensjonalne przekazywanki, a  jednak po pewnych doświadczeniach w życiu,  już tylko ich możemy słuchać i już tylko w nich widzimy jakikolwiek sens. 
Głębszy, płytszy, ale jednak sens. 
Jestem bardzo dumnym z siebie człowiekiem. Nie chcę żeby ktoś był ze mnie dumny, Bo i po co i niby kto miałby to być.  Ja sobie nie roszczę praw do bycia dumną z kogokolwiek, to takie protekcjonalne i nachalne. Mogę być co najwyżej (i aż) dumna z siebie. I jestem. 
Najzwyczajniej w świecie, chwyciłam Bestię za łeb i go jej ukręciłam. przy samym tyłku. Nie będzie mnie już nagabywać, szczególnie kiedy mi smutno. 
Kiedy będzie mi smutno, po prostu będzie mi smutno. a ja to przetrawię, pójdę spać, wstanę i smutku już nie będzie. Bo tak to się odbywa. Nie trzeba zaraz chcieć zabić tego smutku, miażdżyć go i udawać sama przed sobą, że jest super. Bo nawet jak na tę sekundę nie jest, to kiedyś będzie. 
Emocje są dobre, jakiekolwiek by nie były. BO SĄ.






https://www.youtube.com/watch?v=0G3_kG5FFfQ

https://www.youtube.com/watch?v=MEl4t3ZdeO8


no i co... kąpiel, spacer i piszemy, piszemy.
a sen znowu  był. Dziękuję Ci Wszechświecie za siłę żeby być mną.



piątek, 21 sierpnia 2015

http://sielinko2015.tumblr.com/post/127237656400/po-wigilii-poniedzialek-03082015-cz-4
To już chyba będzie pełna recenzja spotkania na szczycie. szkoda, że ono już za nami a nie przed nami, może zorganizuję coś podobnego w Sarbi :)
W SUMIE.
...

Wychodzę z domu, na świat, którego nie tyle co tak się bałam, a przed którym się byłam i jestem tak przestrzegana. i byłam na imprezie, niemałej, pełnej ludzi, wspomnień czarów i innych takich, nieborakich. I nic. żaden szlag mnie nie trafił, okazało się, że świat widziany okiem czystym jak łza Maryjna też potrafi być piękny i wcale nie trzeba ani zazdrościć ani współczuć tym, którzy wybrali inny sposób na zabawę. bałam się swego czasu, że kiedyś się stanę albo zupełnie "tą złą", albo z kolei, znając moje zamiłowanie i skłonności do przesadzania- pójdę w odwrotną stronę i to co dotychczas lubiłam, nagle zacznę bojkotować jako największe zło tego świata. ale nie. mam rozum, mam emocje- które poznaję, rozkładam na czynniki pierwsze a przynajmniej mniejsze do bezpiecznego dla mnie momentu, a nie jak kiedyś- do chwili, kiedy wszystko mam już tak przeanalizowane i to z miliona stron, że z początkowego zjawiska nie zostało już zupełnie nic oprócz materiału naukowego. celebruję uczucia. smutek i wesołości są mi coraz mocniej znane i ukochane. niedługo wejdę na poziom wyższy, to jest na gniew, ale jeszcze chwili mi potrzeba. chociaż kto wie co przyniesie ten dzień:) może to właśnie on i może to dziś skupię się na mówieniu kiedy coś mi się nie podoba, kiedy ktoś robi mi przykrość, ale w sposób nieobrzydliwy a co najważniejsze- bez wstydu, że ktoś odkryje, że mnie śmiało coś zaboleć. i pokazując emocje, jakie sprawa dla mnie ze sobą niesie, a nie je chowając jako ta dama i mówiąc "ok, ok". jeśli będę zła, to mam prawo pokazać, że jestem zła. takie proste, a tego nie wiedziałam. i to mnie tak okrutnie blokowało, że uwarunkowało mi połowę życia.
mam prawo żeby czuć.
mam prawo mówić o  moich uczuciach
pokazywać je
pewnie większość z Was to wie i praktykuje. o ile nie od swojego 'od zawsze' to od bardzo dawna.
ja o tym słyszałam, ale myślałam, że to kpina
a tu nie.
kolejna mądrość Ewuni
Uczucia nie są złe, złym jest chowanie ich po swoich kątach.

fajnie jest się poczuć jak turystka we własnym mieście. w adidasach na stopach, leginsach, bluzie i plecaczku wędrowniczku, a co najważniejsze- z przyjaciółką u boku, przemierzać ulice ukochanego miasta nocą w poszukiwaniu czegoś. przygód. a te przygody są wszędzie, głównie to w nas, naszym patrzeniu na świat i śmiechu, który towarzyszył nam całą poprzednią noc. chyba stajemy się powoli 'paniami, które mają po 30ści lat, ubierają się jak gówniary bo rozpaczliwie chcą być jeszcze młodzieżą i wmawiają sobie, że nią w rzeczy samej są", wiecie, te laski co ta rzeczywiście młodość, patrzy na nie z politowaniem i mówi "stare a głupie", haha. cóż..
Ezoteryczny Poznań.

Piszę i sprawia mi to przyjemność. jak zawsze, największą z możliwych.





Głęboko wierzę w symbolizm snów. szczególnie moich. mój mózg pracuje we śnie najsprawniej. cały dzień gdzieś przetaczał mi się wczorajszo-nocny Sen. już go rozumiem. rozumiem co do szczegółu.
i co do ogółu.
niesamowitość.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Dzisiaj miałam Sen. Pierwszy, Prawdziwy, pełnowartościowy a nie taki 'prawie-prawie' a bardziej to na niby niż na serio. Był głęboki, wielowarstwowy i jedyne co go zdradziło, że jest Snem a nie Jawą to właśnie ta zbytnia prawdziwość i piękno.

Byłam w górach i w dodatku gdzieś na wzniesieniu i przyglądałam się kotlinie wypełnionej gęstą, parującą mgłą, unosząca się coraz wyżej i wyżej.
W tle, gdzieś na horyzoncie majaczyły ledwo widoczne góry, długie, tuziny nieskończenie wysokich pasów.
Noc właśnie ustępowała miejsca wczesnemu porankowi, było jeszcze ciemno, ale już na niebie pojawiały się jakieś granaty, fiolety, mleczne szarości.
Potem punkciki jaskrawego różu, żółci.
Siedziałam na wielkim głazie i majtałam bosymi stopami.
Rozejrzałam się dookoła trochę niżej i dalej- byłam na polanie, która nagle okazała się bezkresna, za mną roztaczał się mroczny las.
I wtedy własnie zaczęłam się zastanawiać: czy to jawa  czy to sen? bo tak pięknie, tak pięknie, że aż niemożliwie...
I pomyślałam sobie, że szkoda, że tego nie widzisz.
Że szkoda, że Cię tu nie ma, bo może wtedy byś zrozumiał.
I pokochał życie tak jak ja. I zobaczył kim jestem i kim jesteś Ty, kim, czym jest natura, poczułbyś ten nieskończenie potężny oddech w piersi, który teraz świdrował moje wnętrze.
Zobaczyłbyś tak jak ja teraz widziałam, Najpiękniejszy Widok.

Ale, że wiedziałam, że Ciebie nie będzie i znowu- szkoda, szkoda. SZKODA.
Wtedy podbiegł do mnie Bogdan. I zniknął. I kiedy wypatrywałam go między drzewami, niepostrzeżenie, zjawiłeś się Ty i usiadłeś przy mnie.
Patrzyłeś w dal, podziwiałeś.
Ogarnął mnie spokój, nawet nie radość, raczej cisza. Bo cisza może ogarnąć wnętrze człowieka. Spojrzałam na Ciebie i podziwiałam to jak Ty podziwiasz Świat.
Dziękowałam Bogu za to, że pozwolił mi Ci to pokazać.
I wtedy jakaś wrzawa. Z lasu wybiegł wielki, krępy pies. Bogdan stał na wzniesieniu, naprężony, gotowy do ataku. Nowo przybyły wyraźnie ostrzył sobie zęby na Bogdana.
Wiedziałam, że mój pies w walce nie będzie miał żadnych szans. Ruszyłam przed siebie, wskoczyłam pomiędzy dwa żywioły i rozłożyłam ramiona nakazując im się zatrzymać. Psy stały. Zerknęłam na Ciebie. Wstałeś. Przyglądałeś się.
I wtedy tamten krepy pies ruszył na mnie, a właściwie chciał mnie minąć i zaatakować Bogdana. Skoczyłam na niego i chwyciłam go za kark, podniosłam łeb od tyłu, uniemożliwiając mu ugryzienie mnie. Bogdan biegał dookoła i wył.
Nie dawałam rady. Spojrzałam na Ciebie, błagając wzrokiem żebyś mi pomógł. nie widziałam Cię. ...Stałeś koło mnie i jakoś ściągnąłeś ze mnie to bydle, a może mnie z niego, pies na chwilę się zatrzymał ale znowu ruszył za Bogdanem. A Ty za nim. Kiedy już myślałam, że wygrałeś, zrezygnowałeś.
-Nie będę bronił twojego psa.- Powiedziałeś i zniknąłeś w lesie. Zaraz za Tobą pobiegł Bogdan a za nim Bestia. Siedziałam i płakałam, pewna, że Bogdan tego nie przeżyje i załamana Twoją reakcją. To, że nie ratowałbyś mnie przeżyłabym, ale Bogdana?...
Znalazłam się w jakieś drewnianej, rustykalnej chacie. Siedziałam i szlochałam. ktoś mnie szturchnął.
...Mokrym, małym nosem. Bogdan!
Drzwi od chaty się otwarły i wszedłeś do niej Ty. I jeszcze ktoś, jakiś inny mężczyzna. Byliscie widocznie zadowoleni, roześmiani, dumni.
Nie wiem kim był Ten Drugi ale go znałam, Ty też. Czułam między Wami więź, ale między nami wszystkimi też.
-Byliśmy na polowaniu.- Powiedziałeś.
-Bestia pokonana.- Powiedział Ten Drugi.
A mi się zrobiło tak wesoło smutno.


Życie zyskuje z każdym dniem na nowej, lepszej jakości.
Z tak zwanych Ewuniowych mądrości:
żeby żyć dobrze, trzeba kochać siebie.
wtedy nie trzeba właściwie nie da się już bać
Bo czego
Skoro ma się siebie
I to coraz mocniej

czuję wyraźnie jak odzyskuję siebie
Znowu jestem moja, a nie wszystkich lub niczyja
Myśli na nowo są w głowie a nie na głowie, lub nie ma ich wcale
Sporo się napracowałam żeby być tu gdzie jestem teraz
Kosztowało mnie to wiele
Zapłaciłam z własnej kieszeni, chociaż nie pieniędzmi
Ale to jeszcze nie koniec wydatków, raczej początek
Niemniej, koszta poniesione być muszą
Takie życie, takie życie
Nie jak w Madrycie
Tylko jak w Polsce, a tu jest najlepiej, oczywiście :)

Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie to, że Świat jest jednak chociaż trochę dobry
I jeżeli ma się dobre chęci to On wspiera i wyciąga dłonie



środa, 19 sierpnia 2015


"Biała Dama"

Lubiła poudawać, że jest wyjątkowa
Z głową wysoko w chmurach
Z palcami na cesarzową
Albo inną Maryję
Szła
I tylko nosem pociągała

Pytana czemu to tak
Mówiła, że się przeziębiła
Bo wiatry dzisiaj takie ostre
A ona jest Damą
I ma delikatny środek

Wiatr ją podarł od środka, taka z niej miernotka

Nie bała się niczego a na pewno już nikogo
Był taki czas
Że bała się ciemności, ale dawno było to za nią
Bo już nie wiedziała
Kiedy jest dzień a kiedy noc
Kiedy jest jasno a kiedy jest ciemno
Więc miała wybór: albo bać się nieustannie, albo nie bać się wcale

Wybór dokonany być musi
Nie bała się wcale, do czasu
Aż przestraszyła się
Siebie
I o siebie
Bo jej wyjątkowość nie była już w jej delikatnym środku
A była dokładnie wszędzie poza nim
Głównie to na ulicy i na językach innych

Nie chciała już wychodzić
Żeby głową o chmury innych za nos wodzić
...
Nawet jakby chciała to nie mogła
Bo nogi, takie zgrabne
Nie należały już do niej
A do nich
Jej głowa nie należała już do niej
A do nich
Jej głos nie należał już do niej
A do nich

Tylko Ci "nich"
Wcale nie chcieli czegokolwiek od niej
Teraz
Ani tak naprawdę
To
Nigdy
Lub
Kiedykolwiek

Straciła wszystko
Głównie
To
Strach
Przed
Ciemnością

Zyskała
Nic
Głównie
To
Strach
Przed
Ludźmi
I
Przed
Sobą
A
Ona
Człowiekiem
Już
Dawno
Nie
Była

Biała Dama się rozpływa
Wiatr co targał jej środeczek
Zaczął drzeć jej mordę
Bo twarz straciła dawno, gdzieś tam
Chyba
W
Tych
Jej
Chmurach

Chciała to ma
A właściwie to chciała nie mieć
Więc nie ma

Biała Damo
Zacznij się bać Nocy
Bo Noc jest od bania
Kto się jej boi
I przed nią ukorzy
Temu być może jeszcze się ułożą losy



https://www.youtube.com/watch?v=vhuW6Pvwj4I

Nie od deszczu oczy mokre
a od łez

Wróciłam
Ale droga przede mną
niekrótka
właściwie taka- mam nadzieję, całkiem długa
 którą będę już człapać do końca życia
 no bo, przede mną reszta życia
a żeby żyć
trzeba żyć

jednak głowa o ileż zdrowsza, a mózg świeższy i bardziej przejrzysty.
słońce takie ciepłe, sól taka słona a ciepłe mleko takie słodkie i takie.. ciepłe.

to glukoza sprawiła, że na nowo mam siłę podnosić rękę do góry
a kiedy ciało jest silne to ma siłę nosić ciężki i parujący mózg

wcześniej:
"ale była tylko pusta głowa, która chciała się napełnić
czymkolwiek, byle po same uszy,
których jeszcze nie miała
a jak mam ci wlać myśli
skoro nie masz nawet uszu
jesteś niczym?"
-że zacytuję samą siebie.


I  jakie plany na przyszłość mam
, na dziś. a wczoraj też było udane.
i zdrowe. i pełne. i moje.
co moje to moje.
chwytam i nie chcę już puścić.

Jestem spokojna o siebie.
Tak jak się boję
A ten strach zapewnia mi spokój
Zrozumie ten, kto był tam gdzie i ja byłam.
tylko ten, nikt poza.

a to nad czym pracuję teraz.
nie chwaląc się, bo może być różnie, a jak będzie to bez znaczenia bo i tak będzie najlepiej
to po prostu projekt życia
i to czterotorowy, ale kolej jedzie w jednym kierunku, mimo, że na czterech szynach
a te szyny nie rdzą są pokryte a nadzieją, zdrowiem i uśmiechem

idę, idę.
a kto chce stać, niech stoi.
ale jak mogę pomóc iść to słucham
może pomogę a może nie

bo ja nic nie muszę
ja mogę

i kiedy mogę a nie muszę to jakoś da się więcej, prawdziwiej.

i nie o tym już tylko mówię, nie o tym. a ogólnie o świecie.



sobota, 8 sierpnia 2015

poważnie myślę o pewnej wystawie i to zdjęć. taak, ja i zdjęcia. ale te zdjęcia już są. jeżeli ktoś mnie zna i wie mniej więcej gdzie migrowałam myślami, ten mniej więcej powinien się spodziewać o co chodzi. właściwie chciałabym  żeby była wielopoziomowa:

podróże: małe- duże
zmiany- nie zawsze na lepsze
niezapominajki- ale o co chodzi?

ale to jak wrócę. a może nie. nie wiem. muszę pomyśleć, a to myślenie wychodzi mi coraz lepiej. ten rok jest naprawdę bardzo ważny. i wszystko nabiera tempa.  i ja już się nie boję. przyjemnie jest znowu się nie bać.

trochę będzie mnie to kosztować, całe to 'wydarzenie'. i nie tylko mnie. a jak wiemy, tam gdzie w grę wchodzimy 'nie tylko ja i mnie', trzeba mieć zgodę tych i tamtych. a nie wiem, zupełnie szczerze czy mi się uda ją a właściwie je uzyskać. możliwe, że wcale nie. i nie będę zła. zrozumiem. może to nawet lepiej. chyba proszę o brak zgody.

mimo, że jakoś idzie do przodu, to jednak coś idzie do tyłu. bo stoi. i grzęźnie. samo się topi. i bulgoce. a ja nie mogę.. przejść nad tym do porządku dziennego. nie umiem. może za głupia i za mała jestem, ale nie potrafię. wybacz mi Ewo, że Cię katuję, tym mocniej, że nie umiem Ci pomóc. Nie umiem wytłumaczyć Ci,  że nie. Że jesteś za mało dobra i nie pasujesz. Że chęci to za mało. I energia to za mało, chyba nawet ta energia tutaj jest kluczowym elementem tego całego "NIE". nie tędy droga. musisz zmienić kurs i iść gdzie indziej. musisz, musisz, ale czy możesz?... ewo, ewo ty lebiego.


Chciałam Wam powiedzieć, że
i pochwalić się,
że
od jutra mnie nie będzie
i chociaż nie wiem czy będę miała do czego wracać,
to wiem,
że będę mądrzejszym człowiekiem.

bardzo się cieszę na te niedzielę. bardzo.

i chociaż tęsknie za osobą, którą byłam kiedyś, chociaż te nową mnie lubię, mimo, że jest trochę dziwaczna, to perspektywa nowej mnie jest zachwycająca.
boję się tylko jednego,
że niektórzy wtedy dla mnie dużo stracą. że już nie będę chciała.

bo już raz to zostało przewidziane.
powiedziane i zastane w niedalekiej przyszłości jako fakt dokonany.


piątek, 7 sierpnia 2015

Zgrabnie napisana książka, dobrze zaśpiewana piosenka to takie, które niezależnie od treści jaką za sobą niosą, dają odbiorcy poczucie, że to utwór nie tylko kierowany do niego, co właśnie o nim. albo dokładnie na odwrót- czyli!- no nadal o nim...

ostatnio książki same wpadają mnie w ręce, a to moja szalona sąsiadka poetka znowu zostawi kilka/naście tomików przy windzie, a to ktoś mi coś podrzuci, a to Mama, a to sama kupię...

trzymam w dłoniach coś czuję- książkę niezwykłą. i jak to ja, poznawanie rozpoczęłąmod powąchania, od testu papieru- wytartości, grubości, koloru, od oszacowania czy miara i krój czcionki mi odpowiada, a potem przeglądam pobieżnie kilka dialogów wyrwanych z kontekstu. wtedy już wiem na 100% czy książka nadaję się do czytania czy też nie.
-To jakaś diabelska sprawa- sapnął gniewnie brodaty mężczyzna- Ale ja i tak prawdę z was wyciągnę, mam na to sposoby! Czy chcecie, żebym wziął was na tortury? Jesteście kłamcami, albowiem latać mogą tylko ptaki i czarownice!

tyle w temacie.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Wczoraj spotkałam dwa duchy z przeszłości. Najpierw koleżankę z liceum. Ah, to była i jest artystka. Szczególnie jeśli idzie o sam kunszt, bo o treści się nie wypowiadam- nie znam ani jej ani koleżanki (już) na tyle żeby czuć się na siłach żeby opiniować. Już w liceum władała pędzlem na poziomie, który nigdy nie będzie mi dostępny. Wtedy jej zazdrościłam, teraz jakoś mi jej z tego powodu żal.. ale nie o tym.  I tak se gadałyśmy i patrzyłyśmy na siebie i słuchałyśmy. Trwało to krótką chwilę, ale jak dla  nie było to dosyć intensywne. Jakieś ploteczki z dawnego świata, wypytywanki o tę, o tamtego. nic się u nas nie zmieniło a zarazem zmieniło się wszystko. i chyba mało wśród nas jest osób, które są szczęśliwe, mimo, że jesteśmy szczęśliwi bardzo. ale dużo smutku w tym wszystkim, ta cała pogoń, ta próba nadrobienia tego, co zepsuli nasi bliscy, co sami rozwaliliśmy, chęć dogonienia rówieśników, którym jakoś się bardziej 'udało', walka z własnymi przyzwyczajeniami, usposobieniami, walka z własną fantazją. walka z byciem wolnym duchem. walka z wiatrem. ze słońcem. walka dla walki i wieczna walka. ciężko jest walczyć każdego dnia i to w każdej sekundzie.
ale ustępując, oddając bagnet równie dobrze można w tej samej sekundzie po prostu rzucić się ze skały. a po co. walczmy, kto wie, może nadejdzie dzień, kiedy będzie jakoś przyjemniej i bardziej bezpiecznie.

no i jeszcze spotkałam mojego pierwszego chłopaka. zupełnie przypadkiem, otoczona przyjaciółmi. ah, cóż za dramat wiekuisty! nawet wygląda tak samo. to ten sam człowiek. jakże życie bywa przewrotne, i kto mi powie, że nie ma kogoś odpowiedzialnego za pisanie tych szalonych scenariuszy podług których funkcjonujemy! ktoś taki jest i to na pewno. śmiesznie było zobaczyć tego człowieka, o brązowych, okrągłych oczach, dla którego kiedyś mogłabym zamordować. dosłownie. i myślałam wtedy, że to na zawsze, że nigdy już nie będzie nikogo innego. to było 10lat temu.. życie zrewidowało moje ówczesne fantazmaty i pokazało mi jak funkcjonuje ten szalony ekosystem. głównie właśnie rozchodzi się o to, że ten system musi być eko, czyli ekonomiczny. w związki wchodzi się z ekonomii, i kiedy te przestają się opłacać- wychodzi się z nich. albo jedna strona wychodzi. ale jak wiemy, wtedy druga ma niewiele do powiedzenia. teraz to nie wchodzi w rachubę, tzn. mordowanie dla niego, ale sama pogawędka dostarczyła mi wiele frajdy. i okazuje się, że ludzie zaczynają wychodzić z domu (jak grzyby po deszczu) kiedy są najbardziej samotni i już naprawdę nie mogą znieść sami siebie. dlatego się spotkaliśmy. i z nią i z nim. ale samotność jak była tak jest, ciekawe... dziękuję Ci Boże za książki. One mnie ratują. Jak zwykle.

I kolejna mądrość Ewuni z cyklu: "już wiem czego dla siebie nie chcę", mianowicie:
nigdy już nie pozwolę żeby ktoś tak do mnie mówił.
i w końcu wiem, czemu mi tak zależało:
bo pierwszy raz pojawił się ktoś przy kim przestałam bać się Takiego Kogoś. i to było przyjemne. ale co przyjemne to się zjada a potem tego nie ma.
na szczęście dalej się nie boję Takiego Kogoś. Teraz boję się kogoś innego, ale już inaczej, bardziej po dorosłemu.
Za dużo.
Tyle słowem podsumowania.
A jeszcze słowem rozciągnięcia:
Przepraszam. Za to, że musieliście mnie taką znosić ostatnio. Niekrótko.
Ale to już się nie powtórzy. Jestem znowu Meluzeną a nie Pustoraczką.

'Praca, szkoła, śmierć, zaraz wpadnę w szał'- a ja nie.
właśnie wcale nie zamierzam.

Piątek, życia początek.

We mnie jest teraz wiele nadziei. Wiele chęci i wiele potrzeb. O emocjach nie wspomnę. Buchają jak ta para, nawet uszami. Ale nie wiem, nie wiem co z tego będzie. Bo okazało się, że te emocje nie są dobre, bo są niechciane. Mam pewne obawy. Że z dniem, kiedy je schowam, szczelnie jak to ja, znowu będzie ten czas, kiedy nie ma nic. W tym stanie jest tak szalenie bezpiecznie, ale ja tam nie chcę. Tam nie było nic. Więc łatwo czuć się bezpiecznie i komfortowo kiedy nie ma się o co dbać i na co uważać. A zapewne tak to już będzie. Póki mam jeszcze te oto emocje to czuję smutek i żal, że nadchodzi znowu czas wypalenia i nicości. Trudno. Lepiej tak, niż łazić i zawodzić jak jakaś nastolatka. Nie mogę w wieku 27lat szlajać się po ulicy i ryczeć, to raczej poważne nie jest. Jestem dorosła, wyć powinnam tylko pod łóżkiem. A  ja nawet nie mam tego "pod łóżkiem". 
Idziemy, hop hop.

i ja jakoś nagle mam ochotę na to oto śniadanie we mgle.


środa, 5 sierpnia 2015

Dobry Boże,
Dlaczego jest tak, że ludzie nie lubią się dogadywać. Chociaż to sprawia taki przejmujący ból? taki, że nie da się oddychać. I jak to właściwie funkcjonuje, że mimo braku oddechu i to nie przez chwilę a przez całe minuty, godziny...- człowiek nadal żyje. Żyje i jakoś nie chce przestać. Chociaż na zdrowy rozum ma dość. I czemu na ten przeklęty zdrowy rozum niby obie strony chcą się dogadać, a im więcej mówią tym gorzej im to wychodzi. Po raz kolejny muszę napisać, że język jednak nie służy do mówienia a do lizania. I nie zmienię już zdania...

https://www.youtube.com/watch?v=ZFsxfucBmcs

to jest piękna, piękna piosenka.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Na niektórych polach człowiek dorośleje, a na innych znowu ma naście lat. i to wszystko jakoś specjalnie się nie zgadza i powoduje rozgardiasz. jak to ma funkcjonować? no można nieźle się pogubić i zagubić. czasami to nawet nie wiadomo już w którą stronę pójść żeby się odnaleźć. bywa, że wydaje się to już niemożliwe. ale wystarczą dobre chęci. i po prostu używanie nóg. bo żeby szukać trzeba chodzić. taka prosta, życiowa prawda.
a to co proste jest najcięższe do zaakceptowania. bo my lubimy skomplikowane.
ble.

https://www.youtube.com/watch?v=I0RpaPan9t4


to już było i nie wróci. bo trzeba się uczyć. do jasnej ciasnej, na własnych błedach!!



poniedziałek, 3 sierpnia 2015

No i co no i pstro. Dziecko, tak jak obiecywało- żyje i ma zamiar tego postanowienia się trzymać. I to twardo. Lubię wstawać rano, lubię słuchać ptaszków, owadów i innych takich, małych ale głośnych. Ale nie krzyczących a nawołujących. Do rozpłodu, no bo jak, inaczej się tego nie da nazwać.
Spotkanie na szczycie, było, trwało. Całkiem przyjemne, odrywająca od znojów dni codziennych inicjatywa. Ciekawe postacie. Nie powiem, że nie. Cierpliwe, ale miejscami nadgorliwe, tego też im nie odejmę. Wolę nie wiedzieć co myślą o mnie. nawet jakbym mogła się tego dowiedzieć w tajemniczy sposób, to jakoś nie chcę. Bo i na co mi ta wiedza. Dla mnie było sympatycznie. To istotne. Tak to zapamiętam. I coś czuję, że jeszcze jakoś tam się spotkamy, gdzieś tam. Niekoniecznie na końcu drogi. Fajnie  i dziękuję. Za obecność, za dużo ciepła, uwagi i wysłuchania.
teraz czas przyszedł żeby się pożegnać, wrócić do struktury zatutyłowanej :normalność i przyszedł też czas, żeby tej normalności wcale się nie bać. Bo uwierzcie, nie ma nic lepszego. ohoho

niedziela, 2 sierpnia 2015

To co się działo i jeszcze chwilę nadal dzieje Tutaj pod względem artystycznym, pozwolę sobie opisać już na miejscu- czyli poza tym miejscem, z poziomu mojego Domu.
Póki co, chciałam jedynie i aż opisać coś, co mnie wczoraj kompletnie wytrąciło z równowagi, a wiem już, że jestem w takim stanie, że każde wytrącenia na drugi dzień daje mi siłę. Emocje są rozbudzone, znowu je mam, mam uczucia, nie do końca jeszcze sobie z nimi radzę i jestem jak ta bomba tykająca, uczę się siebie na nowo, a właściwie poznaję świat uczuć, które we mnie albo były, tyle, że świetnie poukrywane, albo ich nie było, a niedawno się narodziły. I teraz są i rosną we mnie. pęcznieją jak kasza pod czas gotowania, więc albo będę musiała je poskromić, albo utyć do niepoliczalnych wymiarów, albo sama nie wiem już co.

Cały ten wyjazd jest istnym rollercosterem dla mnie. Osoby, które mnie tutaj poznały mają zapewne zupełnie inny obraz mnie niż ludzie, którzy znają mnie od wielu lat. Nie wiem już doprawdy, kto ma bardziej poprawny obraz. Coś mi mówi, że moi nowi znajomi, wiedzą teraz trochę więcej o mnie niż moi najbliżsi... nie ma dnia, żebym wieczorem nie wyła, to już chyba standard. pierwsze dwa razy zszokowały, potem chyba moje teatralne szlochy znudziły załogę. ale we w miarę szacunku pozwalali mi na to, gdzieś tam ewentualnie dybiąc i jakby co- służąc ramieniem, którego nie potrzebowałam aż do wczoraj. Płakałam sobie tylko, godzinami, łaziłam po zielonych terenach i ryczałam. jako ten jeleń na rykowisku.

W ciągu dnia było przewspaniale- śmiechom, żartom, wspólnym posiłkom, rozmowom o sztuce, o życiu, kulturze, związkach- nie było końca. Wszystko to w atmosferze wzajemnej ciekawości siebie i w szacunku. Im późniejsza godzina tym było mi ciężej. Wiemy, że nie jest dla mnie łatwym przebywanie z innymi ludźmi, a tutaj robimy to non stop i to w duży stopniu nad intensywnie, i mimo kilku zwad, które gdzieś tam się pojawiły- nie pozabijaliśmy się. nawet wręcz przeciwnie- polubiliśmy. a ja to polubiłam ich bardzo! wracając:
ale wczoraj ktoś, spoza towarzystwa powiedział ni to w żartach ni nie w żartach o jedno zdanie za dużo. takie, które zawsze mnie raniło. i system poszedł się sypać. po wyjściu gości, których pierw obecność a potem nieobecność wywołała szaloną kłótnię wśród domowników- ja po prostu nie wytrzymałam, to nie jest tak, że w moim świecie za normalne uważam żeby wybiegać pod czas niesmaków i ryczeć lecąc przed siebie.co to to nie, ale to się stało. wybiegłam w środku nocy z domu, jakieś lasy, trele morele, nawet Bogdan, który nie zwykł okazywać emocji- jako, że jedyny za mną poszedł- szturchnął mnie w ramach pocieszenia nosem pod pachę. a potem mnie olał. i dobrze.
i gdzieś tam siedziałam i szlochałam. nawet przez myśl mi nie przeszło, że może stać mi się krzywda. uważam, że jest taki specyficzny stan, w którym może znaleźć się człowiek, który wyraźnie daje otoczeniu znać: "nie podchodź!" i to rzeczywiście, wyśmienicie funkcjonuje.

nie wiem ile tak siedziałam i szczerze cierpiałam, kiedy doszły do mnie dwa fakty:
- to już całkiem długo tak siedzę.
- nikt po mnie nie wyszedł.

i następna dwa fakty:
-i nikt już raczej po  mnie nie wyjdzie.
-czułam się dokładnie tak, jak robiłam to jako dziecko- wybiegałam z domu, chowałam się za ogrodzeniem, w złości, smutku, i liczyłam, że ktoś po mnie wyjdzie i poprosi żebym wróciła. powie też, że po prostu tęsknił, i że mnie brak. nie zdarzyło się to nigdy. nigdy nikt po mnie nie wyszedł. najgorzej było później wrócić do domu z podkulonym wyimaginowanym ogonkiem, w tym wielkim poczuciu wstydu, że nikt nie zauważył, że cię nie ma, mimo, że w twoim postrzeganiu świata nie było cię tydzień (w świecie realnym pewnie z pół godziny, ale wiemy jak funkcjonują dzieci i jak obliczają czas, szczególnie ten im się dłużący)

od blisko 20stu lat nie praktykowałam zwyczaju ucieczki, aż do wczoraj. i nie był to zamierzony akt udowadniania Komuś-Czegoś. Ja uciekłam, w rzeczy samej. Bo inaczej może i polałaby się krew. Ale już przekraczając próg domu wiedziałam, że postąpiłam o krok za daleko, że ciężko będzie mi się wycofać z tej sytuacji. Że to już jest naprawdę nieciekawe położenie, na które skazałam się trochę sama, trochę sytuacja mnie w to wepchnęła, a trochę może sama temperatura powietrza. Ale krok został wykonany. PAC. Jestem na zewnątrz a nie w środku, jest noc, to jest las, a ja jestem zła, zła i właściwie to okropnie, szalenie smutna.

naszedł mnie ogromny wstyd. jak tu teraz wrócić, żeby wyjść z twarzą? a może nie wracać wcale? i co, mrówki mnie zjedzą? a może pójdę pieszo do Poznania? wiedziałam, że nie chcę już tam siedzieć, że to wszystko trochę głupio się potoczyło, że wszyscy zawiniliśmy a może nikt, że nie umiem jeszcze panować nad swoimi emocjami, i co teraz, i co teraz...

I wtedy, kiedy moje wewnętrzne, samotne dziecko zaczęło rozmyślać jak podejść do tematu w miarę logicznie, żeby to wszystko miało sens,
usłyszałam, że mnie szukają. kilka długich minut zastanawiałam się, czy mój mózg nie płata mi figla i nie oszukuje mnie, że jestem szukana. bo tak bardzo marzyłam o tym żeby ktoś okazał mi zainteresowanie, że mogłam przekłamać sytuację.
marzyłam o tym żeby zostać znaleziona.
ale nie.
EWOOO
EWOOO
i przyszli. po prostu. zabrali mnie. i to nie było z łaski czy ze śmiechem. bali się o mnie i chcieli żebym wróciła. a ja wróciłam i nie czułam się niekomfortowo.
wracając:
znowu jestem dzieckiem. a  może po raz pierwszy w życiu, tak naprawdę.
i dobrze mi z tym.
i lubię płakać, już nie wstydzę się łez. one mi pomagają.
z pozoru można pomyśleć, że zaraz mnie zabiją, zaleją mi wnęrze i utopię się sama w sobie, i mimo, że budzę się z podkrążonymi, czerwonymi oczami,
to
te łzy ratują mi życie.
bo ja wypłakuję toksyny.


czwartek, 30 lipca 2015

Ewo, Ewo Ty lebiego,
Czemu wszystko zostawiasz na ostatnią chwilę
I mimo wiecznych obietnic,
że: 'to już ostatni raz tak robisz"
to jednak wciąż to robisz
i na tym źle wychodzisz

ahaha


środa, 29 lipca 2015

https://www.youtube.com/watch?v=jmtB7AkACbg

nie tyle co wierzę w symbole i ich magiczne znaczenie (ale zdarza się i tak, a jakże) co je celebruję i rozmyślam na ich temat. interesuję się ich magicznym znaczeniem i jakoby tajnymi mocami bo to romantyczne, bo to coś wyjątkowego. to jak religia. bo dla mnie symbolizm i religia to pojęcia nie tyle synonimiczne, co bliskoznaczne.
a wczoraj tych symboli, ale moich prywatnych- było niemało.
a ja je odczytałam tak jak chcialam, bo: to moje symbole, mój świat i moje uczucia.
a moje symbole w moim świecie umiem zinterpretować tylko ja, w tym przypadku nie biorę pod uwagę zdania innych.

Moje własne obietnice, które złożyłam sama sobie i to sama przed sobą realizują się. Nie, ja je realizuję. bo realizuja się, sugeruje, że to dzieje się samo, bez mojego udziału. A ja jestem tym udziałem. Ten rok miał być rokiem wielkich zmian, zmian na lepsze- dodam i doroślenia.
I rzeczywiście. To się dzieje, to jest realne, nie wyimaginowane. Oh, to co się wydarzyło dotychczas i to z czym udało mi się zawalczyć to i tak bardzo dużo.
W głowie sprzątam, ale jakoś nadal nie wyjęłam tego cholernego roweru z piwnicy :D
I głośniki mi się zepsuły.
I telefon.
Elektronika mnie nie kocha, bo ja jej nie kocham.
Szkoda, że z ludźmi jest tak, że jak Ty kochasz to niekoniecznie masz wzajemność.
Ale co ja tam wiem :D

dobrze jest poznać, porozmawiać z osobą, która przeżyła to co ty, zawalczyła i mimo, że nie wygrała, bo tej walki nie da się ostatecznie wygrać- nie zeszła z drogi i zdrowieje, zdrowieje. chociaż nie wyzdrowieje nigdy. bo uzależnienia mają to do siebie, że nie odchodzą nigdy. można tylko kazać im się zamknąć i od naszej siły zależy na jak długo będziemy trzymać ich buziaczki na kłódkę. A można do końca życia. i ja w to głęboko wierzę. i nie dlatego, że muszę się oszukiwać. a dlatego, że tego dla siebie chcę. ja chcę być zdrowa, zdrowsza. i jestem i będę i będzie tylko lepiej. byłam w bardzo, bardzo złym miejscu przez niekrótki czas. za długi o każdą sekundę kiedy tam byłam. paradoksalnie- nie żałuję żadnej z tych sekund. bo jestem teraz bardzo, bardzo mądrym człowiekiem. a będę tylko mądrzejszym.
i wiem, że uzależnienia nie imają się słabych i bez charakteru, jak to zwykli mawiać.. ci słabi i bez charakteru. a tych wrażliwych, osób wybitnych.
co do jednej, osoba uzależniona od środków zagrażających życiu, którą znam, jest osobą nieprzeciętną. i ktokolwiek będzie mówił inaczej w moim towarzystwie- dostanie w mordę.
ale osoba wybitna jest nią ostatecznie kiedy zawalczy o siebie. bo łatwo rzucić się z 12stego piętra i się roztrzaskać w imię czegoś. sztuką jest zrzucić się z tego 12stego pietra i mimo niesprzyjających, wrednych wiatrów- nie tyle wzlecieć na nowo na szczyt wieżowca, a jeszcze wyżej- tak wysoko żeby se usiąść na księżycu jeżeli akurat nie jest w pełni, zwiesić nóżki i nimi pomerdać. a potem splujnąć.
szlag! ot.
książki leżą dookoła mnie i pachną. a ja je wącham, podgryzam i czytam. ale w tej kolejności.
dziękuję Boże za zdrowe oczy i za sprawne dłonie. To są Twoje Dary dla mnie.

wtorek, 28 lipca 2015

Nie pierwszy raz wstaję o 5tej, Następnie zmuszam się jeszcze do pół godzinnej drzemki i idę spać dalej.
Dobrze. dobrze.
Owszem, swego czasu, czyli za czasów 'za zdrowia', tego byczego, jurnego- zwykłam wstawać raczej godzinę później, ale tłumaczę sobie to wiekiem starczym. Im mniejsza aktywność życiowa, tym mniej snu potrzebujemy. Głupcami są ci, którzy wyobrażają sobie, że starość przyniesie im upragnione, wielogodzinne spanie. Ano nie. Poobserwujcie trochę swoich dziadków i babcie, przestańcie być ślepi na ich zwyczaje i obyczaje. To ludzie, którzy żyją inaczej niż wy, a ich życie już na pewno nie polega na wiecznym spaniu, raczej na wiecznej walce o to, żeby dać radę przynieść wnusiom czy dzieciom codzienną poranną porcję świeżego pieczywa. A my zamiast to docenić, to wkurzamy się, że tak długo musieliśmy na nie czekać... i że z głodu to nam się nawet odechciało jeść i wielkie dzięki, ale wychodzimy na crouissanta z Moniką, więc bułeczki od dziadka już nie chcemy.
poza tym, wybiera fatalne pieczywo i powinien już wiedzieć, że jesteśmy uczuleni na gluten, a głównie to na kalorie!
parszywy losie.
Z drugiej strony, wspominam dni, kiedy biegałam namiętnie (ah, czasy Trójmiasta, kiedy to było?) i wówczas także spałam jakoś mniej. Tutaj z kolei zdaje mi się, że to sprawa świeżego powietrza i ładowanie bateryjek energią słoneczną. i ogólnie, te całe hormony szczęście, inne trele morele.
Chciałam zacząć biegać wczoraj. Ale jako prawdziwy rebel, z powodu takiego, że był jakiś dzień święto sportu- postanowiłam dla zasady akurat tego dnia nie zacząć biegać.
Dzisiaj. I to w pięknych rejonach. Po pracy, z psem. Wybiegam smutek bo od tego są nogi. Żeby zabrać nam troski. idźcie precz, a słoneczko niech do mnie macha i mnie poprzytula.


https://www.youtube.com/watch?v=c5m24ao0U9o

najważniejsze jest podejście, a dzisiaj mam złe ;d
ahaha.


 w tle leci ekipa z warszawy. i coś sobie uświadomiłam dzięki tym bardzo zabawnym, kolorowym stworkom. żeby nie było, nie to, że warto angażować się fizycznie z kimkolwiek popadnie (jakby nazwał to mój Dziadziuś Aleksander) ani nie to, że wlewanie w siebie dziennie wiadra wódki jest ok. nie. uświadomiłam sobie coś istotnego.
coś całkiem mądrego i w ten oto sposób mój świat, Świat Ewuni, wzbogacił się o kolejną ciekawostkę. każdego dnia zdobywam kilka mądrości. one leżą dookoła nas i czekają aż się nad nimi pochylimy. więcej ich niż kasy. podnośmy, podnośmy. i hop, przez usta do mózgu! smacznego!

nic złego się nie stanie, jak mnie trochę polubicie tu:
https://www.facebook.com/ewa.dymek.marzenia?ref=hl


Człowiek płaci za błędy, za swoje, za innych, na wspólne.
Zapłaty bywają bolesne, nie tylko dla kieszeni. Głównie zaś dla serca i dla głowy. Chociaż kieszeń też umie na tym ucierpieć, bo wyciąga się z niej często niedrobne na leki, które dają uśmiech.
Wybawieniem może okazać się rysowanie i pisanie. Owszem, to pozwala na chwilę zepchnąć smutek w kąt, ale w końcu trzeba przestać rysować czy pisać, chociażby po to żeby się zdrzemnąć albo ostatecznie pójść spać.
I mimo wykończenia, fizyczno- psychiczno- emocjonalnego, sen jakoś często nie chce przyjść.
Bo brzydkie myśli zjadają nam głowę od środka. Kłóją w środku, gdzieś w klatce piersiowej i zadręczają. I mimo, że prosimy, błagamy żeby sobie poszły- tym daleko do posłuchania nas. Ale cóż, my sami często proszeni i błagani o to żebyśmy sobie poszli nie umiemy tego odpowiednio usłyszeć i w prawidłowym czasie zareagować odpuszczeniem. A z tym odpuszczeniem często może przyjść też odpuszczenie grzechów. Ale nie, my grzeszymy dalej. Z lubością. W obrzydliwym gównie. I z.
 No i nie śpimy. Tylko płaczemy w poduszkę, która niczemu nie zawiniła oprócz tego, że urodziła się poduszką. Dobrze, że ja nią nie jestem, wolałabym nie musieć znosić tych wszystkich łez, szczególnie pochodzących z głupoty. Łzy spowodowane głupotą bolą potrójnie.
Głupie łzy, głupich ludzi.
Głupio mi, że jestem głupia.
Ale chcę być znowu mądra.
Chcę sprezentować mojej poduszce wakacje. A co, niech ma.
Jeszcze nie dziś, i nie jutro, i raczej długo nie będzie miała wolnego, ale jak Boga kocham, wynagrodzę jej wszystko. Wynagrodzę jej siebie.
Poduszeczko, bądź spokojna, Ewunia kiedyś zwolni Cię z obowiązku wchłaniania gównianej solanki.
Pozdro, elożka.

niedziela, 26 lipca 2015

Ten weekend dobrze mi zrobił, bo jak zawsze, towarzystwo Piotra uświadomiło mi, że my, normalni ludzie- istniejemy.A bardzo łatwo jest dać się nabrać czy to na chwilę, czy na dłużej- że albo nas nie ma, albo że to my jesteśmy nenormalni.

Wracam więc do Poznania z poczuciem tego, że jestem normalnym człowiekiem. Bardzo mi z tym przyjemnie i dobrze.

Miałam mieć dwu tygodniowe, fajne zlecenie, ale niestety widomo zbliżającego się leczenia (które nie wiem kiedy nadejdzie, ale może się to zdarzyć dosłownie z dnia na dzień, nie mogę teraz nic nikomu obiecywać), zmusiło mnie do rezygnacji, na rzecz przyszłego ozdrowienia.
I jakoś tak doroślej się dzięki temu czuję. Odpowiedzialniej, może i dumniej, jak pawiczka. Zaraz a ogonek mi wyrośnie.
Wracam do domu, jeżeli domem muszę nazwać konkretne miejsce czy chociażby miasto, i czekam. Czekam na telefon z podaną datą dnia, kiedy zacznę zdrowieć już ostatecznie.

I czytanie jest znowu tak szalenie przyjemne. A na świecie jest tyle książęk, tych wspaniałych, tych mniej wspaniałych, tych średnich, wreszcie- tych beznadziejnych, które tylko na mnie czekają, o których nigdy nawet się nie dowiem, i o których się dowiem a nawet się do nich nie zbliżę na kilometr, mimo, że będę mieć przykładowo to w zamiarach :)
Tyle wszystkiego czeka. A ja jestem znowu gotowa żeby wyjść światu na przeciw. Jeszcze odczuwam drobnę zmęczenie, które jest zapłatą za buńczuczny tryb życia, ale to nic. To po prostu nic. Wstaję jak zwykłam wstawać, celebruję samotną, poranną kawę, kocha mnie mój pies, a książki nie są już tylko ciężkimi cegłami a są obietnicą poznania nowego uniwersum.

Kocham życie.

I chciałam też podziękować wszystkim tym, którzy mimo, że do moich Przyjaciół oficjalnie się nie zaliczają, to się odzywali. Ale nie tym, co się odzywali w celu zaliczenia mnie- inaczej tego nie nazwę,czy w celu- udania troski, wproszenia się do mnie i/lub ściągnięcia mnie do siebie aby ze mną porobić te złe rzeczy, które mnie zabijały, i nie tym, którzy odzywali się żeby mi mędrkować i matkować. Szczególnie zaś na pewno nie dziękuję tym wszystkim anonimowym dupką, które masturbując się zagnębiały mnie prywatnie.Albo nie. Tym też dziękuję, a co.

Chciałam podziękować tym, którzy dali mi czas, zaproponowali szczerze wsparcie, a odtrąceni- uszanowali odtrącenie, tym którzy czekali te całe, długie, cholerne miesiące, i teraz kiedy wszyscy czujecie (niesamowite!), że na nowo zaczynam żyć- powoli wracacie. Z pochwałami, z gratulacjami, z ciepłym słowem. I wiem, że nie wracacie dlatego, że wcześniej uciekliście a teraz chcecie na gotowe. My niekoniecznie się jeszcze spotkamy. Wszyscy to wiemy. Wracacie, bo wcześniej poprosiłam Was, żebyście wrócili, o ile jeszcze zachcecie- kiedy będę zdrowa.
I dzięki za troskę,te szczerą. Wzrusza mnie to.









sobota, 25 lipca 2015

Mam wspaniałych Przyjaciół.Którym napiszę dzisiaj chyba jakąś Odę.
Owszem,było tak, że długo nie pomagali mi z ich perspektywy w niczym (z mojej, już samo to, że ze mną wytrzymywali i to całe, długie lata, bywało, że nie dni a dosłownie miesiące wspólnego przebywania pod rząd bez rozłąki- było niesamoiwtym wyczynem, bo gdyby nie to, że ja niby muszę ze sobą wytrzymywać- to nie wiem czy bym wytrzymała), ale teraz, nasze relacje trochę się pozmieniały. Teraz to ja potrzebowałam i chyba jeszcze chwilę pozebuję ich bardziej niż oni mnie. I nie zawodzą, a chyba wszscy się tego baliśmy.
Okazało się, że chcą i potrafią mi pomóc. Że każde z nich wie jak ze mną rozmawiwać i to w ich języku,nie musząc go sztucznie zmieniać pode mnie. Że wiedzą jakie ruchy wykonać by było mi lepiej.  I każde z nich w inny sposób podchodzi do tematu a każego z nich potrzebuję rozpaczliwie.
I wszyscy się baliśmy tego dnia, który było wiadomo- KIEDYŚ nadejdzie, dnia- kiedy ja pęknę a oni będą jakoby musieli się zmobilizować dla mnie.
Czy dadzą radę? i co najważniejsze: czy ja im pozwolę sobie pomoć? Nawet w dniach kiedy było ze mną najlepiej, wisiało nade mną widmo tego ich oczekiwania i strachu, że się nie spełnią i nie wypełnią swojej przyacielckiej roli.Zdarzało się, że orgnizowałam dla nich małe podpuchy, żeby się trochę porealizowali i mieli mniejsze wyrzuty sumienia względem mnie. Bo czułam, że nie wierzą mi, że sama ich obecność w moim życiu to niebywałe dary. Od nich dla mnie. Ale też ode mnie dla mnie,bo w końcu ja musiałam się jednak godzić na tę ich bliskość, a jak wiemy, kontakty międzyludzkie sporo mnie kosztują.
I o to drugie się właśnie głównie rozchodziło. O moją zgodę, o moje uzewnętrznienie.
A bądźmy szczerzy- ostatnio trochę się w naszych wszystkich życiach podziało. Dostaliśmy przyspieszony kurs dorastania. Lecieliśmy na łeb na szyję, wszyscy, raz razem raz każde z osobna, często sami kopaliśmy i to pod sobą i pod resztą ferajny nie dołki a kratery. Popychaliśmy się do zła,przewracaliśmy się sami o siebie, ale w jednakim czasie też, postanowliśmy zawalczyć. I chociaż na początku paranoje, które sami wywołaliśmy i zaprosiliśmy do naszych żyć, kazały nam wierzyć, że sami się oszukujemy i że nic się nie zmienia, teraz już wiemy, mamy dowody na to, że nie kłamaliśmy, że szczerze walczyliśmy i że wygrywamy. Nie wiem czy tę walkę ogólnie ostatecznie da się wygrać, bo mam wątplwiości czy wżyciu cokolwiek jest wieczne i trwałe, ale da się z tym walczyć nieustannie i już sama ta walka, trzymanie ręki napulsie i szeroko otwarte oczy,są powodem do najwyższej dumy i do zbierania pochwał.
Dziękuję za to, żejesteście. Bo doprawdy, bez Was byłoby źle.
Dziękuję, że potraficie ze mną rozmawiać. Że nie jesteście głupi jak reszta świata.Że myślicie.
Wasza emptia, zdolność wejścia w skórę drugiej osoby jest zatrważająca.
I dziękuję za to, że traktujecie mnie jak żywą istotę, a nie tak jak większość- zabawna, pojebaną stworzycę, która najlepiej jak umrze na oczach tłumów.
Rodzinę się wybiera.


czwartek, 23 lipca 2015

środa, 22 lipca 2015

Nocna burza była wspaniała. Obudziłam się punkt trzecia (oh,ahh) z owiniętym wokół mojej szyi Buką, który drżał jak osika, ale udawał, że wcale nie. Od razu wiedziałam, że na dworze musi panować prawdziwy Szatan, ponieważ Buka nie boi się prawie niczego, a już na pewno nie byle jakiej burzy. No i miałam rację. Mimo porannej godziny, na dworze było jasno. Ale nie biało, a złoto żółto. Cały pokój mi latał, na lewo i prawo, bałam się, że powyrywa plastikowe okna.
..Ale są. Z tymi oknami to jak ze wszystkim. Przykładowo: boisz się, że serce ci pięknie, a ono przecież nie ma jak pęknąć. Narządy wewnętrzne mu na to nie pozwolą. No chyba, że pęknie bo się przewrócisz, ale fizycznie, a nie psychicznie czy za pomocą i za przeszkodą emocji.  I choć myślisz, że NAPRAWDĘ tym razem jest już po twoim sercu, i że wiesz, że OSTATNIO też tak myślałeś, ale wtedy się myliłeś a teraz NIE- ono ani wtedy nie pękło, ani teraz nie ma zamiaru.

Oddychaj, oddychaj. Mój słodki, mały histeryku. Kocham Cię najmocniej na świecie, obiecuję o Ciebie dbać. i obiecuję, że nie opuszczę Cię już do śmierci. A i potem, jak się uda, chętnie zostanę dłużej. Jesteśmy sobie przeznaczeni i na siebie skazani. Ja i Ja i Ja.





https://www.youtube.com/watch?v=Q-03ePM1GM8


Lubię mieć terminy, to wspaniałe ramy, okresy "od" "do" które zmuszają nas do logicznego zachowania, do działania, to rzetelności, nadają życiu sens- jest na co czekać, a jak wiadomo- życie polega na czekaniu. na czekaniu na cokolwiek.

Pamiętam czasy, kiedy moje życie było odmierzane zakupem kolejnego tomiku ulubionej mangi czy czasopisma poświęconego Japonii. i co, to były piękne czasy.
Każde czasy, które przeżyłam były piękne, bo dzięki temu jestem tym kim jestem teraz. i choć teraz nie jest łatwo, właściwie jest trudno, to wiem, że niedługo będę naprawdę kimś wyjątkowym. zasłużę sobie na to. i to bardzo. i to nie będzie prezent od niewiadomo kogo. to będzie mój prezent dla mnie. Bardzo się cieszę na samą myśl tej nowej mnie, która już we mnie dorasta. Czekam na siebie. 
Ale spokojnie, bez gwałtownych ruchów! Jeszcze chwilę mi zajdzie dojście do siebie. Ale powitam nową siebie z wysoko uniesioną głową i wielkim uśmiechem na twarzy. Będę oddawać jej życie z obecnych własnych rąk, żegnając tym samym tę siebie, którą jestem- bez żalu, bez nienawiści, że oto odchodzę a w szacunku i wielkiej radości. Bo wtedy tej mnie już nie będzie. Będę tylko wspomnieniem, cieniem, fotografią. Ale to nic. Mój czas się kończy. Pożyłam sobie, czas oddać siebie w ręcę kogoś lepszego. Dokonam aktu eutanazji sama na sobie, a potem sama wskrzeszę w sobie nowe życie. I kto mi powie, że ludzie nie są Boscy?

Teraz nie trzeba czekać praktycznie na zakup czegokolwiek, bo wszystko i to w ilości zatrważającej jest wszędzie. do kupienia. na od ręki i bez kolejki. nie podoba mi się do końca, ale na szczęście Bóg dał mi na tyle rozumu, że już od kilku lat rzeczy- nie mają dla mnie żadnej, żadnej wartości. A zanim to 'od kilku lat' nastąpiło to też nie miały dla mnie żadnej wartości, ale po prostu nie zdawałam sobie z tego w ogóle sprawy, bo nie moim pieniądzem wówczas zwykłam za nie płacić. A teraz, mimo, że dobrze znam wartość pieniądza i przeliczam go na wysiłek i CZAS jaki muszę poświęcić żeby go zdobyć- nic się nie zmieniło na polu rzeczowym. Tak to ujmę.

Jestem wolna od tych rzeczowych spraw. coś ci się podoba? bierz. jeżeli ma ci dać radość, dla mnie tym lepiej. mniej rzeczy będę miała na głowie kiedy nagle nastąpi atak zombie czy inny kataklizm. często o tym rozmyślam. albo pożar. co wtedy się ratuje? mi na myśl przychodzi tylko Buka. a założę się, że ludzie uzależnieni od rzeczy chwytają laptopa, ulubioną torebkę, próbują wynosić kredens albo zakurzony dywan we floral i tygrysa. i wtedy płoną. spalają się przez te rzeczy. uzależnienie od rzeczy prowadzi do śmierci.

Teraz czeka się głównie na spóźnione wypłaty

na telefony w sprawie zleceń

i ogólnie

na kontakt

ten ludzki

czekaj, czekaj, może się doczekasz

a jak się przeczekasz odpowiednio długo, to okaże się, że już od jakiegoś czasu wcale nie czekasz i możesz się wtedy zdziwić. miło.

bo to co przeczekane jest już nieważne, co najwyżej można się do tego uśmiechnąć serdecznie i pomachać przez szybę pędzącego bmv, w którym właśnie się siedzi. A to bmv i tak nie ma żadnej wartości, bo jest tylko rzeczą.

O!